2015/08/12

Łatwy chleb ziemniaczany.




Zewsząd słyszę narzekania na ogromny upał, który nie jest łatwo znieść.
Nie spodziewaliśmy się takich temperatur tego lata i tego, że w 50 st. C słońcu będziemy się rozpuszczać w minutę, jak masło pozostawione na rozgrzanym parapecie, że susza, spadają liście, warzywniki schną na wiór, jazda rowerem nie chłodzi, bo powietrze jest jak gorący budyń, a kefir wyjęty z lodówki, jest ciepły w trzy minuty po nalaniu do szklanki.
Jednak mimo tego, że za gorąco mi we własnej skórze, że człowiek jest świeży po porannym prysznicu, dopóki nie wyjdzie z chłodnego domu, nie powiem złego słowa na tę pogodę.
Owszem, powzdycham kiedy rozpuszczam się w słońcu, kiedy upał nie daje spać o szóstej rano, gdy nawet prześcieradło jest za gorące, kiedy wciąż zadziwia mnie siła tego upału i to, że jeżdżenie w pełnym słońcu (choćby w tę i z powrotem, na 10 min., do cukierni, po jagodzianki, na które Babcia ma ochotę) zwala z nóg. Dosłownie. I po powrocie trzeba się położyć na chwilę i  schłodzić zieloną herbatą z lodem, by przestać się gotować, kiedy jedyną formą przetrwania jest leżenie w chłodzie i wachlowanie się chińskim wachlarzem, gdy Babcia dała mi kategoryczny zakaz jeżdżenia rowerem w środku dnia, w pełnym słońcu (a jedynie rano i po osiemnastej), gdy na targu, w sklepie wymienię ze sprzedawcami zwyczajowe "AAALE gorąco!" ... ale kocham to, że czuję słońce i ciepło w każdej komórce ciała, że cała natura krzyczy "L A T O !" i wiem, że wszyscy będziemy wspominać z nostalgią te skwarne dni, kiedy przyjdą chłody, mrozy i ciemne dni. To lato nie będzie banalnie ciepłe.
Jeszcze tyle dobrego przed nami! Jeszcze wciąż są wakacje, skwarny sierpień, potem ciepły i obfity wrzesień, pełen złotych wieczorów i gotowania wielkich garów aromatycznego  ketchupu, powideł śliwkowych, jedzenia makaronu z kurkami czy kurkowej kartoflanki.
Uwielbiam lato, ciepło, słońce, to, że wszystko kwitnie, brzęczy i pachnie, ze straganów wysypują się morele, maliny, porzeczki jak przejrzyste koraliki, białe brzoskwinie, tak słodkie, że nie trzeba słodzić jogurtu z płatkami, chrupiące cukinie i przeróżne pomidory, o jakich tylko można pomarzyć - słodkie, niekształtne maliniaki, podłużne paprykowe, pasiaste jak tygrysy, żółte jak zachodzące słońce i czarne jak pestki słonecznika.
Czekałam na to z utęsknieniem, po długich, zimnych, burych, irlandzkich miesiącach i nawet kiedy wracam zmęczona, osłabiona upałem i rozgrzana jak żelazko, cieszy mnie wszystko co z tą aurą związane.
Jeżdżenie rowerem na targ (który jest dla mnie jak sklep z zabawkami) stada motyli i bąków na jeżówkach, cykady wieczorem, gdy ciemno, siedzę na schodach, na ganku, aa powietrze daje wytchnienie. Dopiero wtedy, w nocy, jestem w stanie piec.
Ostatnio robiłam tylko szybkie bułeczki, jednak zachciało nam się chleba.
Postanowiłam upiec lekki chleb pszenno-żytni, do którego dodałam ziemniaki, pozostałe z wczorajszego obiadu. Chleb jest mięciutki i niezwykle puszysty, z miąższem jak chmurka.
Dziadek, który zaglądał do piekarnika już o pierwszej w nocy, kiedy chleb się piekł, i zapach przyfrunął do niego na górę, pytał czy już aby na pewno nie gotowy, czy się nie przypali, bo pachnie i urósł i już przypieczony. Odsyłałam go spać trzy razy, zapewniając, że nie, jeszcze nie gotowy.
Rano, po konsumpcji tegoż, powiedział, że coraz lepsze mi te chleby wychodzą, a ten jest wyjątkowo pulchny i miękki.
Już ja wiem, jakie on lubi najbardziej i wiem, jaki chleb sprawi mu przyjemność.

Chleb jest prościutki do przygotowania, a dzięki dodatkowi ziemniaków, długo zachowa świeżość.
Polecam!






Łatwy chleb ziemniaczany

Zaczyn:
5 g świeżych drożdży
250 g wody
250 g mąki pszennej chlebowej
50 g mąki żytniej jasnej

Wszystkie składniki wymieszać, miskę przykryć szczelnie folią i odstawić w temp. pokojowej na ok. 10 godz (na noc). latem, w bardzo wysokiej temp. (przy rekordowych upałach, jak teraz, zaczyn będzie gotowy w ok. 5 godz.)


Ciasto właściwe
cały zaczyn
250g ugotowanych ziemniaków, z poprzedniego dnia, przeciśniętych przez praskę do ziemniaków
3 łyżeczki soli
1 łyżeczka oleju roślinnego
500g wody
450 g mąki pszennej chlebowej
200g mąki żytniej jasnej

olej roślinny, otręby

Wszystkie składniki miksować na średnim biegu, ok. 3 min.
Przełożyć do trzech średnich foremek, natłuszczonych i wysypanych otrębami.
Ciasto ma sięgać do połowy foremki.
Pozostawić do wyrastanie temp. pokojowej, mając na chleb baczne oko w duże upały, gdyż może szybko przerosnąć.
Wyrośnięty chleb posmarować olejem.
Piec 15 min. w 210st.C, następnie 45-50 min w 190st.C.
Sprawdzić czy chleb jest wypieczony, stukając w spód bochenka, powinien wydawać głuchy odgłos. Jeśli tak nie jest, dopiekać, bez foremki, jeszcze ok. 5 min lub do czasu gdy postukany wyda głuchy odgłos.
Studzić na kratce, kroić po całkowitym ostygnięciu.
Chleb jest niezwykle puszysty, z delikatnym miąższem i regularnymi dziurkami.

Smacznego!


2015/08/09

Bazyliada.


Moje pierwsze dni po przylocie do Polski spędziłam w łóżku.

Słońce świeciło, wszyscy korzystali z uroków ogrodu, a ja akurat wtedy musiałam się rozchorować.
Siedzenie w domu nie okazało się takie złe, mogłam spędzać ten czas z Babcią, co zawsze jest dla mnie cenne i inspirujące. 
Wkrótce temperatura oszalała i termometr pokazywał ponad 30st. C w cieniu... i 50st. C w słońcu.
Dni nieznośnie gorące, w które poranny wypad rowerem na miasto musiał kończyć się powrotem do domu o 9.30, zanim żar zacznie lać się z nieba. Powietrze gorące jak płynna lawa, lepkie i gęste jak ciepły budyń, balsamiczne wieczory przynoszą wytchnienie, to czas kiedy można swobodnie oddychać.
Rekordowe upały (podobno ostatnie takie zanotowano w 1921r.) utrzymują się kolejny tydzień i chyba nie odejdą prędko. Jemy bardzo mało, lekko, pijemy ogromne ilości wody, mrożonej zielonej herbaty, zimnego rooibosa i kawy zbożowej. 
Dla odmiany zrobiłam bazyliadę - lemoniadę z bazylii. Rześka, aromatyczna, świeża, zaskakująca.
Popijaliśmy w cieniu orzecha, zajadając spaghetti z ręcznie robionym pesto.
Dziadek mówi, że ciekawy smak, nigdy czegoś takiego nie próbował. Na drugi dzień słyszę jak pyta w kuchni Babci czy "zostało jeszcze trochę tego zielonego do picia".

Także polecam!

Jeśli lubicie bazyliowe, nie wytrawne smaki, polecam również wspaniałe lody bazyliowe.






Bazyliada  - lemoniada bazyliowa


2 garście listków bazylii
1 1/2 cytryny, obranej ze skórki
dowolne "słodzidło"
woda filtrowana lub mineralna

Cytrynę pokroić w kostkę, zmiksować z bazylią i niewielką ilością wody, ok. 3/4 szkl.
Przecedzić przez gęste sitko, dodać ok. 1 1/2 l wody i dosłodzić do smaku, wedle uznania.
Podawać z kostkami lodu.

Smacznego!



2015/07/20

Holy Belly. Paryż.






Śniadanie w Holy Belly było najpyszniejszym, jakie zjadłam w Paryżu, i wracam do niego wspomnieniami bardzo często.
To był prosty zestaw: jajka w koszulce, ciepły chleb, masło, duszone pieczarki i plasterki chrupkiego bekonu.
Nic takiego. Banał, prawda?





Ale to złudzenie, gdyż na ideał składa się opanowanie podstaw do perfekcji, użycie najlepszych składników i to coś, co sprawia, że tak, wydawałoby się, prosty zestaw, staje się niezapomnianym posiłkiem, który wbrew pozorom niełatwo odtworzyć. Ja o nim zapomnieć nie mogę, a rzadko co robi na mnie duże wrażenie. Wracam do tego śniadania myślami co jakiś czas i już kombinuję, jakby móc zjeść je ponownie. Obawiam się, że gdyby jakaś kawiarnia w mojej okolicy serwowała takie śniadanie, byłabym tam bardzo częstym gościem. Zbyt częstym.
Jajka w koszulce były trafione w punkt, nie za duże,  posypane mikroskopijnym, drobniutko posiekanym szczypiorkiem, żółtko idealnie otulone białkiem z każdej strony, po przekrojeniu rozlewające się jak gęsty, aksamitny krem. I ten smak prawdziwego jajka, niby kupuję pyszne jajka "zerówki", ale to było coś jakby więcej.
Do tego pajda niewyobrażalnie dobrego, ciepłego chleba na zakwasie, a co do chleba mam wysokie wymagania i mało co zachwyca mnie na mieście, nawet w takim królestwie boulangerie jak Paryż (chleb pochodzi z pobliskiej piekarni, o której napiszę więcej).










Holy Belly słynie również z pancakes, miałam ochotę spróbować tych z bekonem, masłem z Bourbonem i syropem klonowym, połączeniem kiedyś kontrowersyjnym, a dziś bardzo hedonistycznym. Nigdy takich nie jadłam, jakoś nie mogłam się odważyć, a coś mi mówi, że to idealne miejsce na ten pierwszy raz.
W porze lunchu i w weekend karta się zmienia i jest bardzo różnorodna, od francuskich klasyków, po włoskie czy smaki bliskiego wschodu. Menu jest częściowo po francusku, ale obsługa błyskawicznie pomaga przechodząc na angielski.

Na koniec, kawa.
Kawa w Paryżu nie jest najlepsza, jesli mogę to tak delikatnie ująć.
Kultura kawowa na profesjonalnym poziomie dopiero raczkuje, kawa jest droga i bardzo, bardzo niskiej jakości i pomimo ogromnej ilości kawiarni, dobrą kawę znaleźć można w kawiarniach tzw. "trzeciej fali" (o czym można poczytać więcej w wywiadzie z współwłaścicielem Holly Belly, link na końcu postu), których jest, w ogromnej skali miasta, niewiele, ale to pewnie zacznie się zmieniać.
W Holy Belly mają kawę bardzo dobrą, w uczciwej cenie (nie zapłacicie tam 7 euro, tyle kosztuje okropna lura, ale w "kultowym" miejscu czy przy modnej i szykownej ulicy) i z odwiedzanych przeze mnie paryskich kawiarni, w tej serwują jedną z najlepszych w Paryżu. Dbają o ziarna (które pochodzą z paryskiej Brulerie Belleville) oraz o dobrą, filtrowaną odwróconą osmozą wodę, co jest niezwykle istotne, dobra woda, to nieprzekłamany i lepszy smak kawy. 






Holy Belly ma dwóch właścicieli, Sarah Mouchot (która jest tam jednym z chef'ów) i Nico Alary (który jest tam baristą), którzy zanim otworzyli Holy Belly podróżowali po Australii by poznawać tamtejszą kulturę kawową i jedzenie, co widać po różnorodności menu, które nie jest typowo francuskie (Nico odrzuca typowe francuskie śniadanie oparte na cukrze na rzecz ciepłego, wytrawnego i kojącego śniadania, jakie jadał w Australii) bezpretensjonalności, przykładaniu wagi do najwyższej jakości produktów, sezonowości, lokalności i pieczołowitości dotyczącej kawy. I to się czuje! Na talerzu i w filiżance.
To miejsce bez zadęcia, dla każdego. Ale przede wszystkim to mekka obłędnego jedzenia, gdzie wszyscy są nim jakoś zauroczeni (jestem nim zauroczona nadal) każdy czuje się tam mile widzianym i dopieszczonym gościem. Zero paryskiego zadęcia.
Miejsce jest tętniące życiem, z luźną atmosferą, z eklektycznym, industrialnym wnętrzem i ciekawą muzyką. Spotkacie tam wszystkich - hipsterów, turystów z całego świata, tych jak żywcem wyjętych z Kinfolka (z którym zresztą kiedyś współpracował Nico ) czy tych w sportowych kurtkach i trekkingowych plecakach, młodych rodziców z maleńkim dzidziusiem w nosidle, szykownych Paryżan czy tych w wytartych tenisówkach.

Jeśli będziecie w Paryżu, polecam gorąco i niezwłocznie udać się tam na śniadanie. 
Pamiętając jednak, że wieść o pyszności tego miejsca rozniosła się szybko, jest dużo większa i zatacza dużo szersze kręgi niż jego gabaryty. Innymi słowy, tam zawsze jest kolejka. Zawsze i duża. Zaczyna się już o 9.45, o 10 lokal otwierają i kwadrans później już jest pełny, nie przyjmowane są rezerwacje, więc trzeba po prostu przyjść i być przygotowanym na oczekiwanie. Czasem 45min., czasem ponad godzinę, ale powiadam Wam, warto!

Na deser, sporo o idei i historii powstania Holy Belly, przyszłości kuchni francuskiej, dobrej kawie i tym co leży u podstaw Holy Belly, baardzo ciekawy wywiad z Nico Alary w Magazynie Kinfolk.

UWAGA jeśli ktoś planuje odwiedziny Holy Belly w najbliższym czasie, właśnie ogłosili wakacyjną przerwę (i remont) otwierają ponownie 3 września.




Holy Belly
19 Rue Lucien Sampaix, niedaleko kanału Saint Martin, metro: Jacques Bonsergant
możliwość rezerwacji: brak
pn-pt 9-17 (kuchnia kończy pracę o 15)
sb-nd 10-17 (kuchnia kończy pracę o 16)

www/ FB

2015/07/13

Ciasto biszkoptowe z owocami lata.


Zaczęło się jakiś rok temu, a może wcześniej.

Te sterty ulotek, reklam, broszur, menu restauracji, w międzyczasie wybory lokalne ("głosuj na mnie!), referendum, sklepowe promocje, wyprzedaże i tony innych, równie "potrzebnych" informacji. Apogeum osiąga, kiedy wyjeżdża się na urlop i po powrocie podłoga w przedpokoju usłana jest jak kolorowy dywan, tak, że ledwo można drzwi otworzyć.

Za każdym razem, gdy zbieram ulotki z podłogi zadaję sobie to samo pytanie, "po co? czy to wszystko jest naprawdę potrzebne, czy te informacje warte są papieru na którym zostały wydrukowane? ja tego nie potrzebuję"

Podobną modę zauważam w spożywczakach czy nawet warzywniaku, jabłka, cukinie, pietruszki, marchewki, równiutko ofoliowane na tacce. Rozumiem delikatne owoce, maliny, brzoskwinie, jeżyny, ale korzeniowe warzywa? A jak się spóźnię i zabraknie pieczarek luzem, to stoję przed tymi w pudełku i naprawdę mam dylemat i ogarnia mnie smutek na ten nasz współczesny i "nowoczesny świat". Kolejne pudełko??

Kiedy to się stało, kiedy nastąpiła ta światowa przemiana, od kiedy to wszystko chcemy opakować w celofanik i położyć na tacce? Nigdy wcześniej, tak jak teraz (czy to w Irlandii, czy w Polsce w warzywniaku), nie muszę się tyle natłumaczyć, że nie, nie chcę papierowej torby, mam swoje bawełniane torby na zakupy. Kiedy wybieram jabłka czy warzywa luzem, przy kasie znów muszę tłumaczyć, że nie chcę by pakowano mi je oddzielnie w foliowy worek. Po to właśnie zabieram je luzem, by nie znosić plastiku do domu. 

Ale i tak nie zawsze to się udaje, choć człowiek bardzo się stara i tak nie jest tego w stanie całkowicie przeskoczyć i nie mam pretensji o opakowania po jogurcie, tego nie kupię luzem. Ale chciałabym móc kupować luzem wszystko co tylko się da i podziwiam tę rodzinę, które produkuje słoik (tak, jeden słoik) odpadów rocznie
Powie ktoś, "nie rozumiem w czym problem, jest przecież recykling". 

Oczywiście, jest i sortujemy wszystkie odpady, plastik i metal tu, szkło tu, papier i tektura tu. Pewnego jednak dnia stanęłam przed pojemnikiem do sortowania, popatrzyłam na tę górę wszystkiego i choć kupujemy i wybieramy naprawdę minimalistycznie, złapałam się za głowę, jak to możliwe produkować tyle wszystkiego? Ja wiem, że to wszystko się przetwarza i może to głupie, ale ja po prostu  n i e  c h c ę  być "producentem" takiej ilości, nie chcę wysyłać tego w świat, po prostu chciałabym skrócić tę drogę, nie dokładając tyle do globalnej góry śmieci. Bo jeśli ktoś widział zdjęcia łachy śmieci wielkości Manhattanu, dryfujące po oceanach, czy ryby z żołądkami pełnymi plastikowych zakrętek czy siatek po sześciopakach, to trochę się w ten recykling wątpi. Te śmieci gdzieś trafiają.
Czytałam ostatnio artykuły na temat uprawy oleju palmowego (który jest składnikiem nutelli czy popularnych tortilla chips) i to jak karczuje się lasy deszczowe, nie zważając na ich florę i faunę, jak wycina się te płuca świata do gołej ziemi, dla kremu czekoladowego i chipsów. Świetnie obrazuje to ten filmik

I rozmyślając o tym wszystkim (bo nie daje mi to spokoju) zadaję sobie głośno pytanie, "czy do tego doszło, że człowiek jest największym szkodnikiem tej planety?" 

Bo żadne inne stworzenie, nie niszczy jej bardziej niż człowiek, żadne inne nie szanuje jej tak mało, z głupoty, wygodnictwa i najczęściej - dla zysku. 
Jak inaczej można nazwać wycięcie parku, wykarczowanie pięknego starodrzewu, wokół osiedla mieszkaniowego...by postawić na tym miejscu supermarket?
Czy inaczej można nazwać opatentowanie nasion GMO i nazwanie ich swoją własnością, monopol na nasiona, który to drenuje i wyjaławia tę planetę na tak wielu płaszczyznach. ale i niszczy rodziny rolników zaangażowane w ich uprawę. Może jestem niezbyt rozgarnięta, ale wydawało mi się, że pomidory, kukurydza etc. nie należą do nikogo, dała je nam matka natura, są za darmo, dla każdego użytkownika tej planety i tylko człowiek mógł wpaść na to by patentować i czerpać korzyści z czegoś, czego nie stworzył.
Chwilę później natknęłam się na artykuł o opuszczonej wiosce rybackiej w Chinach, którą natura zagarnęła i wchłonęła, tak jakby człowiek pojawił się tam tylko na chwilę. Niesamowicie wyglądają domy porośnięte bluszczem i mchem. Bo może tego jeszcze nie rozumiemy, myśląc, że wszystko co na tej ziemi, należy do nas i możemy sobie tym do woli rozporządzać, niszczyć rzeki, lasy, wyjaławiać glebę, opryskami powodować masowe wymieranie pszczół, bez których nie przetrwamy chwili, ale to my tu jesteśmy tylko na chwilę, to wszystko do nas nie należy, my to tylko na chwilę pożyczamy. Świat z cały jego bogactwem natury, istniał  i radził sobie świetnie, zanim pojawił się na nim człowiek i będzie istniał gdy ludzi na nim nie będzie. Opuszczona, rybacka wioska w Chinach jest tego najlepszym przykładem, jeśli człowiek odejdzie, natura świetnie sobie bez niego poradzi, bluszcz pokryje wieżowce, mech wyjdzie z najdrobniejszej betonowej szczeliny, ptaki założą gniazda, pszczoły będą zapylać, a rzeki będą płynąć jak płynęły, tylko będą czystsze. To nie natura potrzebuje nas, tylko my jej.
Bardzo dobrze ilustruje to jeden z moich ulubionych cytatów - "Kiedy uschnie ostatnie drzewo, przestanie śpiewać ostatni ptak, a w rzece umrze ostatnia ryba, ludzie zrozumieją, że nie można jeść pieniędzy"...



Na osłodzenie tego trochę poważnego wywodu, zostawiam Wam przepis na biszkoptowe ciasto z owocami, bardzo łatwe i szybkie do przygotowania, tak łatwe, że można zaangażować w pieczenie dzieci. Gotowe w godzinę, łącznie ze zmywaniem po przygotowaniach.



Dobrego dnia!





Ciasto biszkopotowe z owocami|
Przepis Elizki, z książki "O jabłkach"
250g mąki pszennej
1 1/ 2 łyżeczki proszku do pieczenia
170g ksylitolu (lub cukru pudru)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii lub ziarenka z jednej małej laski wanili
2 jajka
100 ml mleka (dałam roślinne)
100 g masła, roztopionego i przestudzonego
3-4 garście owoców leśnych lub mieszanych (jagody, porzeczki, maliny, jeżyny, borówki), mogą być też mrożone (przed pieczeniem nie rozmrażać)
masło i bułka tarta, do wysmarowania foremki

Tortownicę o śr. 24 cm wysmarować masłem i obsypać tartą bułką.
Piekarnik nagrzać do temp. 180st.C.
Jajka utrzeć z ksylitolem lub cukrem i wanilią, na kogel-mogel.
Dodać masło, mleko i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Zmiksować do połączenia składników, przelać do tortownicy, posypać owocami. Piec 40-45min., do suchego patyczka.

Smacznego!