2015/04/26

Bilet do kina, za darmo. Codziennie.




Zachody słońca to tak często fotografowane i malowane zjawisko, że można uważać je za oklepany banał. Coś czego już praktycznie nie zauważa się, tak wtopiło się w tło. Jednak oglądając obrazy Turnera, trudno nie ulec wrażeniu, że jest wręcz odwrotnie.
Ale czy dziś ktoś jeszcze patrzy w niebo obserwując chmury? Zgaduje z dziećmi kształty, te wszystkie ryby, słonie i statki? W ciągu dnia trawnik przed moim domem tętni życiem: sąsiad gania z psem, dzieciaki ganiają za psem lub piłką. wieczorem siedzę na murku sama, patrząc jak zachodzi słońce. Nikt obok nie wyszedł, nie pokazuje dzieciom seledynowych chmur w kształcie ryby i ogromnego, żarzącego purpurą się słońca w kolorze sycylijskiej pomarańczy. A domy usytuowane przy całej ulicy widok mają więcej niż niezwykły.

I jakkolwiek trywialnie by to nie zabrzmiało, od jakiegoś czasu codziennie zerkam na chmury, a wieczorem czekam na zachód słońca, na ten jedyny w swoim rodzaju spektakl, jaki codziennie na niebie urządza nam matka natura. Te kilka minut, podczas których następuje niesamowita transformacja, a ja stoję urzeczona jak dziecko w sklepie z zabawkami, czy po raz pierwszy oglądające fajerwerki. To coś co codziennie uświadamia mi zwyczajną, cichą, dziejącą się w każdej sekundzie prostotę piękna świata. Patrzę jak co minuta podświetlona jest inna chmura, na seledynowo, pomarańczowo, czerwono i różowo. A potem co sekundę słońce jest coraz niżej i ktoś gasi te wszystkie reflektory i kurtyna zmierzchu opada. Jak w teatrze.  
I tak sobie myślę, w tych zabieganych czasach, kiedy wszystko jest w biegu, instant i na autopilocie, warto czasem zatrzymać się na 90 sekund, zadrzeć głowę do góry, odetchnąć i przez chwilę nie myśleć o niczym. Niebo każdy ma nad głową, za darmo, codziennie dzieje się na nim coś pięknego, co można sobie pooglądać. Jak darmowy bilet do kina matki natury. Warto skorzystać. 






2015/04/23

Pieczarki, fasola, cebula i por. Zupa.


Lubicie zupy?
Wiem, to się może wydawać pytanie retoryczne, ale też wcale niekoniecznie.
Ja lubię, dla mnie zupa może robić za cały obiad, ale wiem, że nie każdy ma tak samo.
Dla mojej Babci zupa musi być przede wszystkim, filar obiadu. Czasem kiedy jestem w domu, ona wychodzi rano coś załatwić i mówi, "zjadłabym krupniku, ugotuj" i ja gotuję, a ona wie, że będzie taki jak lubi.
Kiedy gotuje się dla dzieci, wiadomo, że gęsta, pożywna zupa to podstawa.
Z kolei są osoby, które za zupami nie przepadają, nie jadają, inni zjedzą ale tylko kremową, albo tylko rosół czy fasolową, jarzynową z kawałkami warzyw nie specjalnie.
Tymczasem zupa to świetna sprawa, można ugotować wcześniej, podgrzać w dowolnej chwili i co najważniejsze, zupa koi. I działa jakoś tak dobrze, ciepło na zmysły i przede wszystkim na żołądek. Ogrzewa i wręcz masuje ciepłem to nasze centrum zarządzania.
Kiedy jem zupę, mam wrażenie, że w środku wszystko aż piszczy z radości. A gdy jestem przeziębiona czy złapie mnie grypa, nie mam ochoty nic jeść, może tylko chleb z masłem, ale potrzeba przecież czegoś pożywniejszego ciepłego, na żołądek i do rozgrzania i jedyne czego wtedy pragnę to pyszny, gorący krupnik, na który można sobie pomalutku dmuchać, siorbać i czuć jak do żołądka wlewa się ta ciepła ambrozja.
I chyba każdy z nas pamięta, kiedy był mały i słyszał, "Drugiego może nie być, ale zupa? Zupa musi być zawsze".
Coś w tym jest.



Zupa pieczarkowo-fasolowa, z duszoną cebulą z porem

przepis: My New Roots, nieznacznie przez mnie zmodyfikowany

250 g pieczarek (u mnie białe i brązowe, w oryg. boczniaki)
1 łyżka oleju kokosowego lub masła klarowanego
3 średnie cebule, posiekane (dałam dwie)
2 duże pory, biała część, posiekana
4 ząbki czosnku, posiekane
sok z 1/2 cytryny (nie za dużej, dodawać do smaku)
1 łyżeczka tymianku
1 litr bulionu (dałam nieco mniej)
2 szkl. ugotowanej, białej fasoli (namoczyłam na noc 1szkl. suchej fasoli, rano ugotowałam)
sól morska
świeżo mielony czarny pieprz
oliwa z oliwek - do podania

Grzyby oczyścić, pokroić.
W garnku rozgrzać olej lub masło, dodać posiekane cebule i pory, sól, tymianek, dusić przez 5 min., aż zmiękną. Dodać czosnek, zamieszać, dodać grzyby i gotować ok. 5 min, aż grzyby zmiękną.
W międzyczasie zmiksować w blenderze fasolę z bulionem, aż masa stanie się kremowa.
Kiedy grzyby są ugotowane, wyjąć kilka do dekoracji, dodać zmiksowaną fasolę z bulionem, wymieszać i gotować jeszcze 5 min.
Zupę przełożyć do blendera i zmiksować, jeśli zupa jest za gęsta dodać wody (moja nie była, dałam również mniej bulionu).
Dosmakować zupę świeżo zmielonym pieprzem i, jeśli potrzeba, solą.
Podawać z plasterkami grzybów i pokropić oliwą. Zupa jest smaczniejsza na drugi dzień, gdy smaki się przenikną.

Smacznego!










2015/04/20

Ciasto migdałowe z rabarbarem i wodą różaną.

Kiedy małymi kulkami ciasta, rozpłaszczonych między dłońmi w cienkie placuszki, wyklejałam dno foremki, pomyślałam, że to świetny przepis na zaangażowanie w pieczenie dzieci.
Ciasto wystarczy wymieszać łyżką, jest miękkie jak plastelina, nie trzeba specjalnej zręczności by pokryć nim dno foremki, można zrobić to jakkolwiek i tak efekt końcowy będzie doskonały.
Rustykalne, szybkie ciasto, z cierpko-słodkim rabarbarem, które na zapieczonych brzegach zamienia się w karmel, bardzo delikatnie pachnący wodą różaną.
Uwielbiam połączenie rabarbaru i wody różanej, tego ciężkiego, lepkiego zapachu, którym wypełnione były bajki o tysiącu i jednej nocy, tak smakuje rabarbar w odwróconym cieście z karmelizowanym rabarbarem i kardamonem. Uwielbiam ją też w zimnym rabarbarowym kompocie, gdzie woda różana jest chłodna, rześka, jak rosa, którą strzepuje się rano z zaspanych w ogrodzie róż.
Woda różana to trochę ruletka, zapach orientu, perfumy do jedzenia, trochę kicz, jednak dozując ją umiejętnie, bawiąc się nią, można trafić w ciekawe smakowe zakamarki.







Ciasto migdałowe z rabarbarem
przepis: Donna Hay, nieznacznie przeze mnie zmodyfikowany

250 g rabarbaru, drobno pokrojonego (dałam więcej ok 350g)
1/4 szkl. suszonej porzeczki (pominęłam)
1/3 szkl. / 60 g cukru kokosowego, ksylitolu lub brązowego cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii ((pominęłam, zamiast tego dodałam 2 łyżeczki wody różanej, aromat róży jest bardzo delikatny, można dodać więcej)
100 g masła, roztopionego
1/3 szkl./ 75 g ksylitolu lub drobnego cukru
1 szkl./ 150g jasnej mąki (pszennej, orkiszowej)
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szkl./ 50 g zmielonych orzechów laskowych (użyłam mielonych migdałów/ mąki migdałowej)
1/4 szkl./ 60 ml mleka (użyłam roślinnego)
szczypta soli morskiej
szczypta mielonego imbiru

do podania: śmietanka kremówka i cukier puder do posypania (pominęłam)

Piekarnik nagrzać do 180st. C.
Foremkę o śr. 22cm wysmarować masłem i posypać bułką tartą.
Rabarbar drobno pokroić, posypać brązowym/ kokosowym cukrem, polać wanilią lub wodą różaną, wymieszać i odstawić.
Masło roztopić w rondelku.
Do mąki dodać roztopione masło, mleko, cukier, mielone migdały, imbir, sól, proszek do pieczenia, wymieszać łyżką (nie potrzeba miksera).
Ciasto podzielić na dwie części, połową wykleić dno foremki, wyłożyć rabarbar, wierzch wylepić pozostałym ciastem.
Piec 45-50 min.


Smacznego!



2015/04/14

Sałatka soczewicowa z "My New Roots".


Przepis na tę sałatkę pochodzi z książki "My New Roots" Sary Britton.
Sarę, i jej blog, znają chyba wszyscy miłośnicy zdrowego, wegetariańskiego jedzenia.
Jej książka pełna jest przepisów świeżych, lekkich i pełnowartościowych, o czym postaram się napisać wkrótce, więcej i szczegółowiej.

Dziś, na pierwszy ogień postanowiłam przygotować  prostą i szybką sałatkę z soczewicy. 
Nie przejmujecie się długą listą składników, to w większości przyprawy do dressingu, sama sałatka jest naprawdę łatwa i szybka do zrobienia.



Sałatka z zielonej soczewicy
porcja dla 6-8 os.

500 g zielonej soczewicy (lub puy czy black "beluga")
1/3 szkl./ 80 ml olive extra vergine
1/4 szkl./ 60 ml octu jabłkowego
1 łyżka syropu klonowego (użyłam agawy, płynny miód też się sprawdzi)
1 łyżka musztardy Dijon
2 łyżeczki soli morskiej
2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu (dałam sporo mniej)
1 łyżeczka zmielonego kuminu
1/2 łyżeczki kurkumy w proszku
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
1/4 łyżeczki mielonych goździków
1/4 łyżeczki świeżo zmielonej gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
1 średnia czerwona cebula (nie miałam "na stanie", zastąpiłam szalotką)
1 szkl./ 140g suszonej porzeczki lub innych suszonych owoców (wybrałabym żurawinę)
1/3 szkl./ 40 g kaparów

Soczewicę dokładnie wypłukać na sitku, pod bieżącą wodą.
Przełożyć do garnka, zalać świeżą, zimną wodą, gotować aż stanie się jędrna. Nie przegotować, to bardzo ważne. Ugotowaną soczewicę przelać zimną wodą, odsączyć na sitku.

Cebulę pokroić w kosteczkę, porzeczkę i kapary posiekać niezbyt drobno.
Wszystkie składniki dressingu wymieszać (można w słoiku, wystarczy wtedy potrząsać nim, aż do połączenia składników).

Soczewicę przełożyć do miski, dodać dressing, cebulę, porzeczkę i kapary, wymieszać.
Resztę sałatki można przechowywać w lodówce do 3 dni. Ja swoją przygotowałam z 1/4 porcji, do zjedzenia na raz, dla dwóch osób. Zredukowałam też ilość ostrych przypraw.

Smacznego!