2014/09/30

Maślaki w śmietanie.


Czasem mocno ubita ziemia, drży w posadach i drży się razem z nią, bojąc się o fundamenty własnego jestestwa. 
W takich chwilach jeszcze mocniej docenia się to co najważniejsze, proste, co pozostaje gdy opadnie brokat złudzeń i tego co niby konieczne. Bliscy, proste, szczere relacje, miłość, dobroć, empatia.
Jeśli jest w Waszym otoczeniu, rodzinie, ktoś do kogo chcecie się zbliżyć, z kim pragniecie kontaktu, zróbcie to! Weźcie za rękę, pogłaszczcie po ramieniu, spójrzcie w oczy. Czas naprawdę pędzi jak szalony. Nie ma "później", "będzie lepszy czas".
Ten czas jest teraz.

Jest też czas na maślaki, najlepszy!
A oto przepis na najlepsze maślaki, jakie zawsze jadało i je się każdego maślakowego sezonu u nas w domu. Nieprzekombinowane i jak mówi moja Babcia, nawet ze śmietaną nie należy przesadzać, by nie przykryć smaku grzybów. One już tam wiedzą jak się umiejętnie zaprezentować.
Polecam, pyszne z pajdą domowego chleba z masłem.




Maślaki w śmietanie

1/2 kg maślaków
1 listek bobkowy
1-2 ziela ang.
1 średnia cebula, pokrojona w kosteczkę
2 łyżki śmietany 18%
sól
świeżo mielony czarny pieprz
sok z cytryny (opcjonalnie)

Maślaki oczyścić, pokroić na mniejsze kawałki, włożyć do rondelka. Dodać cebulę, pieprz, listek, ziele, sól. Zalać wodą ok. 1/2-1szkl. Gotować do miękkości, zaprawić śmietaną, spróbować czy nie trzeba doprawić solą i pieprzem. Na koniec, jeśli trzeba, dosmakować odrobinką soku z cytryny.
Najpyszniejsze z chlebem z masłem, ale i z ziemniaczkami świetnie dadzą radę.

Smacznego!


2014/09/27

Zupa z pieczonej dyni, z cynamonem.


Jechałam wczoraj rowerem, by oddać książki do biblioteki, zadrzewioną i cichą ulicą, na której znajdowała się nieistniejąca już biblioteka mojego dzieciństwa.
Lubię tamtędy jeździć, lubię zapach i szum liści tych starych drzew, często jeżdżę tamtędy specjalnie, tylko po to by być wśród tych drzew, starych, majestatycznych. Wieczorami, mam wrażenie, opowiadają jakąś historię. Zawsze jest tam bardzo cicho, tylko ten szum.
Jadę i biorę haust powietrza, który uderza mnie w płuca tą lodowato-chłodną ziemistością, która nie pozostawia złudzeń, co do tego, że jesień już przyszła. 
Kasztanowa, wilgotna, jeszcze chrzęszcząca suchymi liśćmi. 
Z pięknym światłem.

Dynia to słońce jesieni.
Intensywnie pomarańczowa, rozświetla parapet i... talerz.
Jeśli przepołowić ją i upiec, z jej miąższu można przygotować nieskończenie wiele szybkich dań.
Dziś zupa z cynamonem, z połowy pieczonej dyni. Drugą połówkę zostawcie na później, wkrótce napiszę co dobrego z niej przygotować.


Zupa z pieczonej dyni, z cynamonem


Pieczenie dyni: dynię przepoławiam, usuwam pestki, piekę obie połówki, w 190-200st.C przez ok. 50-60 min. Po upieczeniu, przy tej odmianie dyni, skórka sama odchodziła od miąższu, łatwiej nawet obrać cieniutko skórkę niż wydrążać miąższ łyżką. Upieczony miąższ można przechowywać w lodówce do kilku dni.

1/2 pieczonej dyni (moja ważyła 1,6 kg)
1 marchewka lub 1 mały batat, pokrojone w plasterki
2 łodygi selera naciowego, pokrojone w kawałki
1/2 czerwonej papryczki chilli (pestki usunąć)
1 średnia cebula, pokrojona w kostkę
1 ząbek czosnku, rozgnieciony
1/3 łyżeczki kuminu, utartego w moździerzu
1/2-1/4 łyżeczki niezbyt ostrego curry
1/2 łyżeczki cynamonu
imbiru na czubku noża
sos sojowy
sól
sok z cytryny
olej roślinny

Na łyżce oleju zeszklić cebulę z czosnkiem, curry, kuminem, chilli i cynamonem.
Dodać marchewkę, selera, podsmażyć jeszcze parę minut, mieszając od czasu do czasu.
Dodać miąższ z połowy upieczonej dyni, imbiru na czubku noża, 1 litr zimnej wody, 2 szczypty soli i 1 łyżeczkę sosu sojowego. Gotować do miękkości warzyw.
Zmiksować i spróbować czy nie trzeba jeszcze troszkę dosolić. Dosmakować odrobiną soku z cytryny.
Zupa pyszna solo, ale można też po zmiksowaniu dodać 1/2 puszki mleka kokosowego (lub pół łyżki do gorącego talerza zupy). Pyszna i tak i tak, do wyboru.

Smacznego!


2014/09/21

Szarlotka śliwkowa.

Ostatni tydzień lata był momentami piękniejszy niż sierpień.
A potem przyszła jesień, z mglistym i zimnym porankiem. Orzeźwiająca i nostalgiczna.
Też piękna.
Na łączce niedaleko domu uschły kwiaty koniczyny, grządki w ogródku zostały zagrabione, jakby symbolicznie podkreślając koniec lata, a ja dzięki uprzejmości sąsiadki, zbieram jabłka z jej ogrodu, gdzie ogromna, 65-letnia kosztela ugina się pod ciężarem owoców, o smaku, którego dziś już ze świecą szukać.


Bo z ogólnodostępnymi jabłkami, nowszych odmian, to mam tak: zjem, ale nie zachwycę się.
Tymczasem z tymi kosztelami mam tak, że na jednym poprzestać nie sposób, są w jakiś sposób uwodzące i każdy kęs jest czystą przyjemnością. Nie sposób się nimi znudzić!
A do tego są takie piękne. Po prostu doskonałe w swej "niedoskonałości".
Dostajemy, lub możemy zbierać, torby, worki wręcz jabłek, od tych, którzy mają stare jabłonie, ale nie dają rady ich przejeść/ przetworzyć, lub nie chcą ich przetwarzać. Cóż, gdybym miała to szczęście posiadać w ogrodzie taką kosztelkę, chyba wybudowałabym sobie pod nią szałas i codziennie dziękowała losowi, i naturze, za ten przywilej.
I, a jakże, dzieliła się tym szczęściem z innymi.
A więc góry jabłek.
Kosztele, malinówki, antonówki. W koszykach, pudełkach, skrzynkach, w sieni, kuchni i garażu. Jemy, gotujemy kompoty, zupę jabłkową (ach!), musy do słoików.
I na potęgę piekę ogromne blachy szarlotek, improwizując z rodzajami ciasta i nadzieniem.
Tym razem śliwkowa, bo cóż, węgierek też mamy zatrzęsienie.
Postanowiłam zrobić szarlotkę marzeń, czyli, cieniutkie, maślane ciasto i duuużo nadzienia, czy może być coś lepszego?


 


Szarlotka śliwkowa
Nadzienie:
2kg jabłek 
1 kg węgierek
1szkl. ksylitolu (lub cukru)
1 łyżeczka cynamonu

Śliwki wypestkować, jabłka obrać, pokroić jakkolwiek. Do garnka z owocami dodać cynamon i ksylitol (lub cukier), dusić do miękkości i zgęstnienia soku, odstawić.

Ciasto:
400 g mąki (pszennej, orkiszowej, wg uznania, można też dodać trochę mąki pełnoziarnistej)
200 g zimnego masła, pokrojonego w kosteczkę
150 g ksylitolu lub cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
szczypta soli
1 jajko
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Mąkę wymieszać, z proszkiem, dodać masło, ksylitol (lub cukier), sól, wanilię, by kawałeczki masła pokryły się mąką. Dodać jajko i wyrabiać palcami (lub przez jakieś 30sek-1min, w malakserze), zagnieść ciasto, podzielić na dwie części, każdą włożyć do plastikowej torebki i jedną schować do lodówki, drugą do zamrażarki, na ok. 30 min.


Blaszkę do ciasta o wym. 27x37cm, wysmarować masłem i wyłożyć pergaminem.
Ciasto z lodówki pokruszyć na dno, następnie wgnieść dłonią, i schować do lodówki na ok.15 min. Piekarnik nagrzać do 170st.C. Spód podpiec przez 10min.
Na podpieczone ciasto wyłożyć ostudzone nadzienie.
Z zamrażarki wyłożyć drugą część ciasta, zetrzeć drobno na tarce jarzynowej, lub mandolinie w plasterki (tak zrobiłam) i tak starte ciasto układać na owocowym nadzieniu.
Piec ok 45 min.
Upieczone ciasto kroić po zupełnym ostygnięciu, kawałki ciasta nakładać szeroką łopatką, jako że ciasto jest cieniutkie, z dużą ilością nadzienia.

Smacznego!




2014/09/06

Powidła śliwkowe.




Schyłek lata to czas największej obfitości.
Wciąż są maliny, pomidory i papryki wylewają się ze skrzynek i aż się proszą by zrobić z nich ketchup, z każdego stoiska i warzywniaka, cukinie tylko czekają by przerobić je na pasztet czy racuchy, a ogórki i dynie na słodko-kwaśne pikle, które urozmaicą zimowe kanapki.
Jeżdżenie na targ rowerem, to zdecydowanie jedna z większych przyjemności, zawsze czuję się wtedy jak dziecko w sklepie z zabawkami: podoba mi się wszystko i nie wiem na co się zdecydować!
Z reguły biorę więc wszystkiego po trochu, a w pomidorach to już zupełnie tracę umiar, biorę po kilka z różnych stoisk, w domu testuję, które najlepsze.
Kiedyś poczyniłam taki sam eksperyment, szukając węgierek tak doskonałych, jak te, które rodziła nasza starutka ponad czterdziestoletnia węgierka.
Niestety, kupowanie śliwek od każdego sprzedawcy nie przyniosło pożądanych efektów: żadne ze śliwek (a potem powidła z nich), nie dorównywały, nie były nawet blisko, smakiem (wielowymiarowym, bogatym i intensywnym) konsystencją i kolorem (gęste i ciemne jak smoła, nie szkliste i nie przezroczyste) tych, do których przywykliśmy.
Wciąż pamiętam ostanie powidła z naszej węgierki, jeden słoiczek, który wiozłam w bagażu podręcznym i ubłagałam pana celnika, by go nie konfiskował. Jakże one mi smakowały!
Powidła z kupnych śliwek może nie są tak doskonałe jak tamte, z naszej węgierki, ale są o niebo lepsze niż te kupne. A pracy przy nich tyle co nic, wspólne wypestkowywanie śliwek idzie jak burza, a ile sobie można przy nich porozmawiać, powspominać czy po prostu pomilczeć razem. Powidła robią się właściwie same, trzeba je tylko od czasu do czasu zamieszać.
Namawiam do spróbowania, choćby od trzech kilogramów śliwek, da to ok. pięć małych słoiczków powideł.
To już w sam raz tyle, żeby w środku zimy poczuć trochę smaku schyłku lata.




Powidła śliwkowe

dojrzałe śliwki (najlepiej węgierki) dowolna ilość
jeśli śliwki po wysmażeniu będą nadal kwaskowe, opcjonalnie niewielka ilość (do smaku) ulubionego "dosładzacza" (ksylitol, cukier, miód etc.)

Śliwki umyć, wypestkować. 
Przełożyć do dużego garnka lub patelni. 
Gotować po 2-3 godz, każdego dnia, przez 2-3 dni, aż śliwki się rozpadną i zgęstnieją, 
mieszając od czasu do czasu drewnianą łyżką. 
Jeśli powidła nadal będą kwaskowe, można ew. odrobinę dosłodzić do smaku, czym kto lubi.
Gotujące się (to ważne! podczas nalewania powideł do słoików, garnek powinien być cały czas na maleńkim ogniu)  powidła przelewać do słoiczków. Po napełnieniu słoika, i dokładnym dokręceniu go, odwrócić go natychmiast do góry nogami i pozostawić do całkowitego ostudzenia. 
I gotowe!

Smacznego!