2014/09/06

Powidła śliwkowe.




Schyłek lata to czas największej obfitości.
Wciąż są maliny, pomidory i papryki wylewają się ze skrzynek i aż się proszą by zrobić z nich ketchup, z każdego stoiska i warzywniaka, cukinie tylko czekają by przerobić je na pasztet czy racuchy, a ogórki i dynie na słodko-kwaśne pikle, które urozmaicą zimowe kanapki.
Jeżdżenie na targ rowerem, to zdecydowanie jedna z większych przyjemności, zawsze czuję się wtedy jak dziecko w sklepie z zabawkami: podoba mi się wszystko i nie wiem na co się zdecydować!
Z reguły biorę więc wszystkiego po trochu, a w pomidorach to już zupełnie tracę umiar, biorę po kilka z różnych stoisk, w domu testuję, które najlepsze.
Kiedyś poczyniłam taki sam eksperyment, szukając węgierek tak doskonałych, jak te, które rodziła nasza starutka ponad czterdziestoletnia węgierka.
Niestety, kupowanie śliwek od każdego sprzedawcy nie przyniosło pożądanych efektów: żadne ze śliwek (a potem powidła z nich), nie dorównywały, nie były nawet blisko, smakiem (wielowymiarowym, bogatym i intensywnym) konsystencją i kolorem (gęste i ciemne jak smoła, nie szkliste i nie przezroczyste) tych, do których przywykliśmy.
Wciąż pamiętam ostanie powidła z naszej węgierki, jeden słoiczek, który wiozłam w bagażu podręcznym i ubłagałam pana celnika, by go nie konfiskował. Jakże one mi smakowały!
Powidła z kupnych śliwek może nie są tak doskonałe jak tamte, z naszej węgierki, ale są o niebo lepsze niż te kupne. A pracy przy nich tyle co nic, wspólne wypestkowywanie śliwek idzie jak burza, a ile sobie można przy nich porozmawiać, powspominać czy po prostu pomilczeć razem. Powidła robią się właściwie same, trzeba je tylko od czasu do czasu zamieszać.
Namawiam do spróbowania, choćby od trzech kilogramów śliwek, da to ok. pięć małych słoiczków powideł.
To już w sam raz tyle, żeby w środku zimy poczuć trochę smaku schyłku lata.




Powidła śliwkowe

dojrzałe śliwki (najlepiej węgierki) dowolna ilość
jeśli śliwki po wysmażeniu będą nadal kwaskowe, opcjonalnie niewielka ilość (do smaku) ulubionego "dosładzacza" (ksylitol, cukier, miód etc.)

Śliwki umyć, wypestkować. 
Przełożyć do dużego garnka lub patelni. 
Gotować po 2-3 godz, każdego dnia, przez 2-3 dni, aż śliwki się rozpadną i zgęstnieją, 
mieszając od czasu do czasu drewnianą łyżką. 
Jeśli powidła nadal będą kwaskowe, można ew. odrobinę dosłodzić do smaku, czym kto lubi.
Gotujące się (to ważne! podczas nalewania powideł do słoików, garnek powinien być cały czas na maleńkim ogniu)  powidła przelewać do słoiczków. Po napełnieniu słoika, i dokładnym dokręceniu go, odwrócić go natychmiast do góry nogami i pozostawić do całkowitego ostudzenia. 
I gotowe!

Smacznego!




2014/09/03

"Botanika duszy" - konkurs książkowy.


Nowa książka Elizabeth Gilbert wzbudziła wiele emocji i ma swoich zagorzałych przeciwników i wielbicieli.
Po trzynastu latach pracy, jak twierdzą recenzenci, autorka spłodziła powieść na miarę Johna Irvinga.
Cóż, papier jest cierpliwy, zniesie wszystko. Postanowiłam sprawdzić czy rzeczywiście autorka "Jedz, módl się, kochaj" obdarzona jest "rozżarzonym talentem".
Sama idea powieści obdarzona jest dużym potencjałem: oto prosty i nieokrzesany chłopak, syn ogrodnika słynnego ogrodu botanicznego Kew, za sprawą swojej niezwykłej botanicznej intuicji, obserwacji pracy ojca i przypadkowego splotu różnych wydarzeń, rozwija botaniczne imperium, wcześniej podróżując statkami w najbardziej egzotyczne zakątki świata. Losy jego córki, Almy, obserwujemy od momentu jej narodzin. Alma, jak obydwoje jej rodziców, jest również nieprzeciętne uzdolniona botanicznie, a rodzice wspierają i motywują ją do dalszego w tym kierunku rozwoju, szczególnie matka, która dba dodatkowo o klasyczne i wszechstronne wykształcenie dziewczynki. Alma ma do dyspozycji najwspanialsze ogrody, otaczające olbrzymią, rodzinną posiadłość, ma własne herbarium, dostęp do imponującej, domowej biblioteki oraz możliwość uczestniczenia w dyskusjach z najbardziej utalentowanymi i wybitnymi ludźmi. Ponadto ma w sobie głód, głód wiedzy, żarłoczność poznawania świata roślin i zamożnych rodziców, którzy podsycają w niej chęci bycia najlepszą w tym co robi.
Innymi słowy, świat stoi przed Almą otworem.
Nie posiada Alma jedynie urody, ale jak mówi jej ojciec "wolę jedną przeciętną niż trzydzieści najpiękniejszych". Powieść jest swoistą sagą rodu Whittaker, dziejącą się na przestrzeni ponad osiemdziesięciu lat, mającą na celu przedstawić losy rodziny oraz, a może przede wszystkim, rozbuchaną do granic możliwości pasję i miłość do botaniki i nauki.
Podziwiam skrupulatność z jaką autorka przygotowała się do tej powieści merytorycznie: opisy rzadkich roślin, o których istnieniu mi się nie śniło, botaniczno-naukowe wywody oraz przedstawiony zapał, pasja do zdobywania wiedzy i pokazanie procesu uczenia się, zgłębiania, studiowania wybranej dziedziny tylko i wyłącznie spowodowanym niepohamowanym pędem do tego by wiedzieć co jak i dlaczego (w czasach gdy nie śniło się nikomu coś takiego jak edukacja kobiet, które przy stole nie były partnerem do merytorycznej i inteligentnej dyskusji, a miały tylko ładnie wyglądać i efektownie potakiwać) jest najmilszą częścią tej lektury i daje co nieco do myślenia. Jednak to za mało, by nazwać tę powieść wielką, a talent autorki rozżarzonym.
Na fali pierwszych rozdziałów (które czyta się pysznie), czyta się dalej, ale słowa nie płyną już tak wartko, zdania nie mają tej wielowymiarowości, które sprawią, że chce się do nich wracać i zmierzać z nimi ponownie, pod innym kątem. Owszem, powieść wciąga na początku, rozwadniając się później coraz bardziej, męcząc przydługimi konstrukcjami i coraz nudniejszą fabułą.
Struktura rozmowy, którą Alma odbyła z Jutrzejszym Porankiem w jaskini była tekturowa i jakaś taka, pomnikowa, tak że miałam wrażenie, że czytam dialog z opowiadania, kupionego w kiosku z gazetami.
Cóż, Dostojewski czy Bronte to to nie jest, nie zakochałam się w tej książce, choć miejscami mi się podobała, a liczyłam na porywającą, solidną lekturę, do której chce się wracać (nie wiem, może miałam za duże oczekiwania). Ale  trzeba chyba kogoś na miarę ich talentu, by rozpalić, i nie ugasić!, entuzjazmu czytelnika na prawie siedmiuset stronach powieści.
Recenzja tej książki skłoniła mnie do przemyśleń, które zbierały się we mnie od dawna, dotyczących kondycji współczesnej literatury. Otóż mam wrażenie, że w tych czasach, wystarczy, że książka jest tylko odrobinę ambitniejsza od wszechobecnej przeciętności, a już obwołuje się ją arcydziełem na miarę (tu wstawia się nazwisko uznanego i naprawdę wyśmienitego pisarza czy dwóch) licząc, że podniesie to jej atrakcyjność.
Ale to działa tylko na krótką chwilę, to jak ładne ciastko, które zapowiada się pysznie i wykwintnie, a po skosztowaniu okazuje się być nie maślane, a na margarynie. Podobne spostrzeżenia odnajduję u innych, którym zwierzę się z moich odczuć dotyczących głodu współczesnych, takich porywających, wielowarstwowych, kunsztownych tekstów, które kiedyś skradały mi noce i myśli. Takich książek pragnę.
I jako, że istnieje dość słaba szansa, że powrócę kiedyś do "Botaniki duszy" chciałabym oddać swój egzemplarz (bez obawy, jestem bardzo schludnym czytelnikiem, książka jest w stanie idealnym) komuś kto nie czytał, a ma ochotę, choćby po to by wyrobić sobie na jej temat opinię (bo przecież moja nie jest jedyną słuszną!).
By wygrać książkę, proszę napisać z czym kojarzy Ci się tytuł "Botanika duszy"? Ze wszystkich komentarzy wybiorę jeden, którego autor otrzyma książkę. Na komentarze czekam do jutra, do godziny 12.00, wyniki ogłoszę w tym samym wpisie.

WYNIKI KONKURSU, KSIĄŻKĘ OTRZYMUJE:
izabella pisze...
Mi botanika duszy kojarzy się z ogrodem jaki w nas rośnie, i tak jak każda dusza ma ciemne zakamarki tak każdy ogród jest też trochę tajemniczy i ma mroczne miejsca... trzeba dbać o duszę tak jak dba się o ogród, pielęgnować piękne rośliny i wyrywać chwasty (wzmacniać swoje dobre strony, a zwalczać wady)... To właśnie kojarzy mi się ze słowami "botanika duszy". Jestem bardzo ciekawa tej książki, długi czas chciałam ją mieć, a później o niej zapomniałam, Twój wpis przypomniał mi o niej:)
Pozdrawiam19:56

2014/08/31

Makaron z prawdziwkami i serem Dziugas.


Pani, która przywozi nam ze wsi m.in. prawdziwą kiełbasę i wiejskie jajka, przywozi też to co rośnie teraz, w sezonie. Na przykład pyszne śliwki, tak dojrzałe, że skórka sama odchodzi od pestki, czy tak jak ostatnio, również furę pięknych prawdzików. Zabrałyśmy się z Babcią za ich czyszczenie:



Część poszła na marynaty, część po obgotowaniu do zamrażarki, na zimę, z wywaru po obgotowaniu grzybów (i garstki grzybów) była prze-py-szna i obłędnie pachnąca lasem zupa grzybowa, troszkę się suszy, a resztę przeznaczyłam na sos.
Prosty sos, bo tak cudnym grzybom nic więcej nie trzeba, trzeba dać im dojść do głosu i zagrać pierwsze skrzypce. W sklepie tak jakoś zabrakło parmezanu, ale był przepyszny Dziugas, pomyślałam, że będzie to wspaniały mariaż.
Polecam jeśli traficie na ładne prawdziwki, warto, sezon już się zaczął.




Makaron z prawdziwkami i serem Dziugas 
(przepis zgodny z KPP porcja dla 2os.)

250-300g prawdziwków
1 mała cebulka lub szalotka
1 ząbek czosnku
świeżo mielony czarny pieprz
sól morska
3-4 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany
sok z cytryny
tymianku na czubku noża
2 łyżki oliwy z oliwek lub masła klarowanego
do podania: posiekana natka pietruszki oraz ser Dziugas starty na cienkie płatki

Grzyby oczyścić, pokroić w cienkie plasterki, cebulkę w kosteczkę.
Na patelni rozgrzać oliwę lub masło, dodac cebulę, zeszklić. Dodać grzyby, pieprz i czosnek oraz sól.
Dusić do miękkości. Dodać śmietanę, tymianek, pogotować chwilę do lekkiego zgęstnienia, spróbować sos i dosmakować odrobiną soku z cytryny - do smaku. Jeśli potrzeba dodać troszkę soli i pieprzu.
Podawać od razu z makaronem tagliatelle lub pappardelle, posypać płatkami Dziugasa i koniecznie szczodrą ilością posiekanej natki pietruszki.

Smacznego!





2014/08/24

Wyniki konkursu "Kudłaci kucharze na diecie".


Książki "Kudłaci kucharze na diecie", wędrują do:
Blogger mama84 pisze...
Dla mnie najtrudniejsze jest długofalowe wytrwanie w "diecie". Po pewnym czasie gdy efekty z każdym dniem są coraz mniej spektakularne, lub nie pojawiają się wcale to bardzo łatwo jest mi odpuszczać sobie, bo przecież od "jednego" razu nic się nie stanie i tymi jednymi razami znów powoli wracam do starych nawyków:( Niestety wtedy również powolutku, tak prawie niezauważenie wracam do starego rozmiaru.
Ale kiedy w końcu mi się uda.
Musi sie udać!
Bo przecież raz już się udało 10 kg w trzy miesiące i te kilogramy już sześć lat nie wróciły:)))
15:54   

Blogger Zofiana pisze...
Największą dla nas przeszkodą w przejściu na dietę lub zmianach żywieniowych jesteśmy my sami!
Nasze przyzwyczajenia, z którymi podświadomie nie chcemy się tak naprawdę rozstać.
Nasza strefa komfortu, która nie motywuje nas do wysiłku i chęci zmian.
Próba odkładania diety na jutro i wyszukiwanie 100 powodów dla których właśnie w tym momencie nie możecie wprowadzić zmian w życie.
Bardzo proszę o przesłanie adresów do wysyłki książek, na adres email znajdujący się na pasku bocznym. Na dane do wysyłki czekam do środy, 27-go sierpnia, do godz 12.00, po tym czasie nieodebrane książki zostaną ponownie rozdane.