2014/12/15

Bożonarodzeniowy konkurs książkowy.


Do wygrania w konkursie będą wspaniałe książki:

"Chleb" Jeffreya Hamelmana
"What Katie Ate" Katie Quinn Davies oraz
"Mąka woda drożdże sól" Ken Forkish



Aby wziąć udział w konkursie, należy zostawić komentarz tutaj, pod tym wpisem.

Proszę abyście napisali o najpyszniejszym daniu jakie dla Was ugotowano.

Ze wszystkich odpowiedzi wybiorę trzy, których autorzy otrzymają w/w nagrody.
Na odpowiedzi czekam do 20 grudnia, do godz. 12.00.
Wyniki ogłoszę 22 grudnia, tutaj, pod wpisem konkursowym.


2014/12/11

Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami.

Powoli zbliża się świąteczny czas.
Nie mogę się go doczekać bardziej niż zwykle, gdyż w te święta będę gotować, piec, lepić, ramię w ramię z moją ukochaną Babcią!
Ten czas, myślę, to obieranie warzyw na sałatkę, czyszczenie śledzi, zmywanie, wyrabianie ciasta, znów zmywanie. Te prozaiczne czynności przygotowawcze, te podkuchenne niezbędności, małe, konieczne, nielubiane, żmudne... dla mnie są kwintesencją bycia razem (mam tu na myśli również codzienność).
Oczywiście, Wigilia, świąteczne dni, pięknie nakryty stół, na nim już wszystkie smakołyki w pełnej krasie, my wystrojeni i pachnący, to ważne, piękne chwile.
Ale.
Ale dla mnie to ta kuchenna krzątanina, te tysiące drobnych, zwykłych czynności, to esencja świąt, jak gęsty, ciemny, esencjonalny barszcz, bo wtedy dzieje się to, co ważne. To w tych zabieganych dniach, kiedy w kuchni spędzamy długie godziny, to tam i wtedy, pomiędzy rozbijaniem jajek, obieraniem, siekaniem, miksowaniem, lepieniem, mruczeniem radia, toczą się rozmowy.
Płyną wspomnienia. Wymieniają kulinarne poglądy. Milczy się wcale nie wymownie, milczy się będąc ze sobą w pełni.
I potem, gdy się odsapnie po kolejnym dniu, usiądzie w ciemnej już kuchni, przy herbatce, słucham kolejny raz o ciężkich zimach, jakie to dawniej bywały, przedzieraniu się przez gigantyczne zaspy z sankami, dobrym jedzeniu, pysznej kiełbasie, którą umiał robić jej brat, młodości, o świetnej fryzurze, którą wyczarowała przypadkowa fryzjerka, o wakacjach w Bułgarii i opaleniźnie jak czekoladka...
I czasem tylko patrzę na  jej profil, na piękne dłonie, jak nakręca włosy na wałki, na jej duże okulary, w których wydaje się jeszcze drobniejsza i bardziej krucha, czy stojąc w progu kuchni, niezauważona przez nikogo, obserwuję jej debatę z Dziadkiem, jak filtrują nalewkę z derenia (czy taka dobra? nie za słaba? może jeszcze dolać?) i czuję się po prostu przepełniona szczęściem.
Tyle mi wystarczy.





Zauważyłam też iż przepełniony szczęściem jest ten, kto skosztował tej krajanki piernikowej z marcepanem. Zalecałabym więc usilnie jej upieczenie, sam zapach świeżo zmielonych korzeni, masła topionego z miodem, działa bardzo terapeutycznie i jakoś tak, kojąco.
To chyba najłatwiejszy piernik pod słońcem: ciasto nie musi wcześniej dojrzewać, a gotowa jedynie zmięknąć przez kilka dni w szczelnie zamkniętej blaszanej puszce, stanie się wtedy mięciutkie i rozpływające się w ustach.
Taka puszeczka pachnąca marcepanem i korzeniami to wspaniały pomysł na jadalny prezent.

Polecam!




Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami
źródło przepisu: Bajaderka, forum CinCin
Ciasto:
3 1/3 szklanki mąki pszennej ( 1/2 szkl. mąki pszennej zastąpiłam żytnią razową)
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka cynamonu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka imbiru
po 1/2 łyżeczki zmielonej gałki muszkatałowej i zmielonych goździków
po 1/4 łyżeczki zmielonego czarnego pieprzu i zmielonego ziela angielskiego
szczypta soli
1/2 szklanki miodu
1 szklanka ksylitolu (lub cukru) - dałam 1/2 szkl.
1/2 kostki masła
1 jajko
drobno posiekane orzechy włoskie (dałam garść)
smażona skórka pomarańczowa (dałam dwie pełne łyżeczki) 

Do przełożenia: powidła śliwkowe i marcepan

Marcepan: 
225g pasty migdałowej* (dałam więcej, całość z poniższego przepisu, pasty było w sam raz)
1/2 szklanki ksylitolu (lub cukru) - dałam troszkę mniej
2 żółtka
1/3 szlanki mąki
1 łyżka mleka
po 1 łyżce soku pomarańczowego i cytrynowego
1 łyżeczka olejku migdałowego (dałam ekstrakt z gorzkich migdałów)

*Pasta migdałowa: 
1 1/2 szklanki migdałów bez skorki (lub gotowych mielonych migdałów)
1 1/2 szklanki ksylitolu zmielonego w młynku do kawy na puder (lub cukru pudru)
1 białko
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
szczypta soli
Zmielić migdały partiami w malakserze lub młynku do kawy, lub gotowe mielone migdały wymieszać z ksylitolowym "cukrem pudrem", następnie reszta składników i wyrobić na gładką masę. Schłodzić dobrze w lodówce, masa musi być zimna przed kolejną obróbką.

Przygotowanie marcepanu:
Pastę migdałową rozetrzeć z pudrem (cukrem lub ksylitolem, dodać pozostałe składniki i dobrze wymieszać.

Lukier koniakowy: 
1 szklanka cukru pudru (dałam ksylitol zmielony na puder, w młynku do kawy)
3 łyżki koniaku (dodałam również trochę soku z cytryny, koniak można w całości zastąpić sokiem z cytryny czy pomarańczy)

Rozgrzać piekarnik do temperatury 180st. C.
Mąkę przesiać z proszkiem, sodą i solą, dodać posiekane orzechy i skórkę.
Miód, ksylitol (lub cukier) i masło rozgrzać dość mocno (ale nie zagotować) w dużym rondlu, dodać przyprawy korzenne, wymieszać.
Dodawać stopniowo mąkę ciągle mieszając, aż ciasto zacznie odchodzić od ścianek rondla. 
Zdjąć z palnika i lekko przestudzic, dodać jajko i wymieszać.
Przełożyć ciasto na blat i lekko wyrobić podsypując mąką w razie konieczności.
Jeszcze ciepłe podzielić na dwie części - każdą rozwałkować na prostokąt wielkości rozmiarów blaszki. Przenieść jeden placek na blachę wyłożoną pergaminem (użyłam 36x25cm). Zostawiając 1/2 cm margines rozsmarować na cieście masę marcepanową, na marcepanie rozprowadzić równą warstwę powideł śliwkowych. Przykryć druga częścią ciasta, dobrze zlepić brzegi i piec około 25-30 minut.
Wyjąć z piekarnika, lekko przestudzić i jeszcze cieple polukrować. Zostawić odkryte na całą noc. Rano pokroić na małe kwadraciki, przechowywać w szczelnej puszce, w warstwach przełożonych pergaminem. Ciasto po upieczeniu będzie twarde, po ok. tygodniu leżakowania w puszce (może dojrzewać do kilku tygodni, w chłodnym miejscu), stanie się mięciutkie i rozpływające w ustach i z każdym kolejnym dniem będzie jeszcze lepsze. Zalecam schowanie jednej puszki przed zasięgiem domowników, by coś dotrwało do Świąt.

Smacznego!



2014/12/10

Książki (nie tylko) pod choinkę.

Dziś będzie o pięknych, i ciekawych, książkach, które można podarować (nie tylko) pod choinkę.
To zaczynamy!



"Seasons" Donna Hay
"Seasons" to zbiór przepisów i fotografii z jednego z najpoczytniejszych magazynów kulinarnych na świecie - "Donna Hay Magazine", pod redakcją australijki, Dony Hay.
Ten ogromny i gruby album, jest pełen wybranych, najlepszych przepisów (i zdjęć) na wszystkie cztery pory roku. Dla miłośników stylu Donny, miejscami czystego, ascetycznego, miejscami rustykalnego, zawsze rozpoznawalnego. Z przepięknymi fotografiami, do których się wraca. To nie tylko książka kucharska, to również wysmakowany, kulinarny album fotograficzny, którego strony zapadają w pamięć.



"Kinfolk Table" Nathan Williams
Kinfolk to amerykański magazyn z Portland, który został założony z myślą o przywróceniu celebrowania małych zgromadzeń, kameralnych, intymnych spotkań przy stole, spędzaniu czasu z rodziną i przyjaciółmi. Zapoczątkował serię kameralnych spotkań/ kolacji ("kinfolk dinner series"), która powoli rozprzestrzeniła się na inne części Stanów oraz wiele krajów Europy (polecam obejrzeć zdjęcia z tych kolacji, coś pięknego!). Kinfolk powoli rozrósł się, powstała seria ubrań przez nich sygnowanych czy ten przepiękny kulinarny album, zupełnie inny od dotychczasowych trendów obowiązujących w wydawnictwach tego rodzaju. Koniec z perfekcyjnie wystylizowanymi, studyjnymi sesjami, w których gdzieś w tle czuje się inscenizację.
Zdjęcia nie są laboratoryjnie perfekcyjne, ale naturalne i ciepłe, czasem nieostre, co tylko dodaje im uroku i autentyczności. Mamy wrażenie zaglądania do czyjejś kuchni i czynimy to, gdyż cała książka to zbiór zdjęć z domów osób prywatnych, które Kinfolk ceni. Piękna pozycja.
Polecam również zajrzeć na ich stronę, szczególnie do działu z kulinarnymi filmikami, których oniryczna i spokojna atmosfera wprowadziła nową jakość, która zresztą zostawała wielokrotnie naśladowana. Mój ulubiony to filmik o (a jakże!) pieczeniu chleba. Działa kojąco, jeśli potrzeba coś na ukojenie czy dobry sen.




"Historia smaku" Bryan Bruce, Wyd. Carta Blanca
Tę książkę powinien przeczytać każdy. Takie miałam odczucie po jej lekturze.
Opisuje ona dobrze znane nam przyprawy i rośliny, tak trywialne dziś i łatwo dostępne, pod kątem historycznym, politycznym, antropologicznym, socjologicznym. Może zabrzmiało to jakoś zbyt naukowo, otóż spieszę donieść, że tak nie jest.
Książkę czyta się jak wciągającą powieść, jest napisana lekkim, przystępnym językiem, odkrywa zupełnie nieznane oblicze i historię m. in. czosnku, pieprzu, kakao, kawy czy ziemniaków.
Czy wiedzieliście, że pieprz był tak wysoko ceniony, że służył kiedyś jako waluta i można było nim płacić czynsz (peppercorn rent - czynsz pieprzowy)? Kiedy i gdzie powstała w Europie pierwsza kawiarnia? Czy czekolada zawsze była słodka? Czemu Parmentier zasadził ziemniaki na terenie królewskich posiadłości i kazał ich strzec strażnikom (sic!)? Co wspólnego mają ziemniaki z imigracją Irlandczyków i Irlandzkim Wielkim Głodem (Great Irish Famine)?  Jaka jest historia powstania słynnego sosu Tabasco? Wciągająca lektura, do której z pewnością będę wracać i która troszkę, a nawet bardziej niż troszkę, zmienia kąt patrzenia na codzienne wiktuały.





"Francuski szef kuchni" Julia Child

To książka zawierająca wszystkie przepisy z tytułowego, telewizyjnego programu kulinarnego Julii Child.
W tej grubej jak cegła książce, znajdziecie przepisy na niemal wszystkie klasyczne dania i sosy kuchni francuskiej. Znając niezwykłą skrupulatność i chęć doskonalenia się w tej sztuce autorki, z pewnością można powiedzieć iż przepisy są dopracowane do granic możliwości. Sos berneński? Sola meuniere? Zupa cebulowa? Proszę bardzo! To i setki innych przepisów znajdziecie właśnie w tej książce . Na deser obejrzyjcie odcinek francuskiego szefa kuchni, o np. ten.
O Julii Child pisałam też tutaj, przy okazji recenzji książki "Moje życie we Francji", która również wyśmienicie nadaje się na prezent pod choinkę.



"Bread"/ "Chleb" Jeffrey Hamelman, Wyd. Buchmann/ Grupa Wydawnicza Foksal
Tej książki, raczej nie trzeba przedstawiać żadnemu, domowemu, piekarzowi.
Jej autor i jego chleby są doskonale znane wszystkim chlebowym zapaleńcom.
Kiedy zaczynałam swoją przygodę z domowym wypiekiem chleba, prawie 7 lat temu, to właśnie Hamelman był mistrzem, guru, na którego punkcie wszyscy domowi piekarze mieli niesamowitego bzika. I słusznie!
Zanim nadeszła nowa fala piekarnictwa (i w ogóle szalona moda na pieczenie domowego chleba) był tylko Hamelmam a potem długo, długo, długo nic. Po kilku latach, gdy trend ten zaczął rozprzestrzeniać się, jak grzyby po deszczu powstawały kolejne chlebowe książki, jedne bardziej, inne mniej udane, niektóre wywróciły dotychczasowy, chlebowy świat do góry nogami, wprowadzając, jak to nazywam, nową, chlebową falę.
Książka Hamelmana nadal jednak pozostaje solidnym fundamentem, kamieniem milowym. Z niesamowitą wiedzą, doświadczeniem, krok po kroku przeprowadzi laika przez meandry domowego piekarnictwa. Rodzaje mąk, dokładne opisy wszystkich niezbędnych technik i terminów, przygotowanie zakwasu, odpowiedzi na pytania, które jeszcze nie wiesz, że zadasz - wszystko tam już jest, opisane prostym, przystępnym językiem.
Tę książkę po prostu trzeba mieć i będzie to wymarzony prezent dla kogoś kto myśli, marzy o pieczeniu chleba, chce zacząć, może już zaczął, ale potrzebuje drogowskazu. To jest chlebowa encyklopedia, doskonała pod każdym względem.



"Kuchnia Neli" Nela Rubinstein, Wyd. Muza
O tej książce pisałam już obszernie, tutaj.
Czemu znów o niej wspominam?
Uważam bowiem, iż jest to pozycja, którą należy mieć w swoim księgozbiorze, nawet jeśli nie jest się osobą gotującą. To po prostu pyszna, wciągająca lektura, o kulisach życia u boku jednego z najsłynniejszych pianistów, Artura Rubinsteina, pełna anegdotek, smaczków świata, który już nie istnieje. Ponadto Pani Nela pisze tak wciągająco, że nawet brak zdjęć nie przeszkadza. Nie trzeba nawet gotować, czasem wybierałam jedną historyjkę, do czytania przed snem. Moja ulubiona to ta o pieczeniu mazurka migdałowego, w kuchni państwa Rotschildów.



"Jadłonomia" Marta Dymek, Wyd. Dwie Siostry
Apetyczna, pięknie wydana, buzująca kolorami książka o kuchni roślinnej, autorki bloga Jadłonomia, która z pewnością zadowoli gusta nie tylko wegan czy wegetarian.
Burgery z kaszy jaglanej? Bezmięsne pulpety? Flaczki z boczniaków? Chipsy z liści kalafiora?
Proszę bardzo!
Te i wiele innych przepisów znajdziecie w książce Marty. Nietypowy podział, nie na "śniadania, obiady, kolacje", a na składniki pod względem ich rodzaju: bulwy, strączkowe itd., ułatwia korzystanie z niej, mając w spiżarni konkretne warzywo czy strączki, łatwo znaleźć pomysły na to co z nim zrobić.



"Paris mon amour", Jean-Claude Gautrand, Wyd. Taschen
To zbiór fotografii najsłynniejszych fotografików świata, mających jedną cechę wspólną: wszystkie mają Paryż za wspólny mianownik.
W albumie są zdjęcia bardzo znane, ikony, są i mniej znane, którym trzeba się przyjrzeć, szukać w nich historii, niuansów. Lub po prostu podziwiać.
To album, któremu trzeba dać trochę czasu, przekartkowany pospiesznie może nie pokazać uroków swoich zakamarków. A jest w nim co odkrywać. Apetyt na Paryż na pewno się zaostrzy.




2014/11/26

Co pod choinkę?

Książka zawsze wydawała mi się najwspanialszym prezentem. Zawsze tak było.
Ale propozycji książkowych prezentów pokazałam już wiele, (i będzie jeszcze jeden, specjalny "podchoinkowy"), pomyślałam więc, że może coś około kulinarnego? Czemu nie!
Chciałam też od razu zaznaczyć, że nie będzie to typowy przewodnik po prezentach w stylu kup perfumy, biżuterię, sweter, odtwarzacz mp3 czy wełniane skarpety lub szalik. Choć to oczywiście też może być świetnym pomysłem, dla jakiejś konkretnej osoby i ja np. przyjęłabym takie mięciutkie, ciepłe skarpety czy kaszmirowy szalik, z wdzięcznością!
To jednak mój subiektywny przewodnik, może troszkę niesztampowy, to propozycje tego co próbowałam, używam, co mam w domu, z czego ja jestem zadowolona, czy co sama mile bym widziała pod choinką. A co może spodobać się, być inspiracją w poszukiwaniu, tworzeniu, unikalnych prezentów gwiazdkowych. Mam nadzieję, że przyniesie Wam trochę inspiracji.


1. Rondelki miedziane.
W wielu francuskich filmach, w których akcja dzieje się w kuchni, czy kiedy ogląda się francuskiego kucharza, udzielającego wywiadu w kuchni swojej restauracji, nie wspominając o ścianie z rondlami w kuchni Julii Child (ona to miała kolekcję miedzianych rondli!), w tle zawsze gdzieś pojawią się miedziane garnki i rondelki.
To piękne naczynia z tradycją. Wciąż pamiętam scenę z książki "Białe trufle", w której Escoffier wykłada na blat w kuchni swoje wszystkie miedziane rondle i garnki i pieczołowicie poleruje je solą i cytryną. Te staromodne w formie rondelki są jakąś przepustką do trochę zapomnianego świata i dodają nieco blasku we współczesnym, codziennym gotowaniu.
Myślę, że dla kogoś kto kocha gotować, spędzać czas w kuchni, taki drobiazg w postaci miedzianego rondelka będzie niezwykle mile widzianym, wysmakowanym podarunkiem.
Oba rondelki kupiłam w Tkmaxx, trzeba tam co jakiś czas zaglądać, jeśli już się pojawiają znikają dość szybko, ale są w naprawdę dobrej cenie, ok. 40 zł.


2. Solidne patelnie na lata
Żeliwna, nieemaliowana (100% żeliwa) oraz francuskie patelnie De Buyer: Carbone Plus, lekka i szybko się rozgrzewająca, ze stali węglowej lub ciężka i solidna Carbone Plus II.
To trzy zupełnie różne rodzaje patelni, każdej używam od dawna, z każdej jestem zadowolona i wiem, że starczą na jeszcze długie lata, a żeliwna jest produktem dożywotnim, to patelnia nie do zdarcia.
Na żeliwnej wychodzi najlepsza jajecznica (sprawdziłam na różnych patelniach), można na niej upiec chleb (nie ma limitu temp., można ją nawet zabrać na biwak na jeziorem i wsadzić w ognisko), podsmażyć i od razu zapiec piersi kaczki, czy podsmażyć owoce i zapiec pod kruszonką.
Patelnia Carbone Plus jest leciutka, rozgrzewa się bardzo szybko, jest świetna do stir-fry'ów. obsmażania mięsa czy szybkiego podsmażenia warzyw. W dużym rozmiarze może zastąpić wok. Ciężka i gruba Carbone Plus II to mój faworyt jeśli chodzi o smażenie naleśników. Nikt mi nie wierzy, że na stalowej patelni smażę naleśniki bez tłuszczu. Dopóki tego nie zademonstruję. Świetna również do smażenia ryb, kotletów, plastrów bakłażana, podsmażania mięsa na gulasz, uniwersalna. Po półrocznym używaniu, namówiłam na jej zakup Babcię, dziś twierdzi, że to najlepsza patelnia jaką ma.
Patelnia żeliwną kupiłam w Tkmaxx (na Allegro taką samą, 24 cm, można kupić już za ok. 35 zł ), patelnie ze stali węglowej kupiłam tutaj. Należy pamiętać, że patelnie ze stali węglowej trzeba wcześniej odpowiednio zaimpregnować, to niezwykle ważne (instrukcja znajduje się na stronie producenta, firmy De Buyer lub przy każdej patelni) oraz to, że w miarę używania patelnie ciemnieją i wypalają się, co jest naturalnym i pożądanym procesem. Patelnię żeliwną trzeba od czasu do czasu zaimpregnować olejem (o wysokiej temp. dymienia) wypiekając ją w piekarniku.


3. Sukulenty, czyli bezproblemowe piękności.
Miłośników sukulentów ucieszy każdy wyjątkowy okaz, którego jeszcze nie mają (ja np. bym z chęcią przywitała nowy, maleńki okaz). To niezwykle proste w utrzymaniu, a jednocześnie niezwykle wdzięczne rośliny. Nie potrzebują wiele, trudno je "zasuszyć", wyglądają cudnie, a odmian jest tyle, że można dostać zawrotu głowy. To świetny prezent dla kogoś kto już je hoduje, ale i dla osoby, która chce mieć rośliny w domu, ale nie wymagające zbyt dużo uwagi i nie specjalnie kapryśne. Sukulenty idealnie spełniają te warunki.


4. Ulubiony film lub serial na DVD.
Coś co jest takim czyimś "evergreenem", do czego dana osoba często będzie wracać np. film/ filmy jego ulubionego reżysera. Lub po prostu klasyka gatunku.
Mi np., dużą przyjemność sprawiłoby znalezienie pod choinką serialu "Pit bull" Patryka Vegi.
Świetny serial, tak swoją drogą, świetny.



5. Szeroko rozumiane prezenty jadalne i kulinarne. 
Tu można naprawdę poszaleć i podarować coś wyjątkowego, o wyjątkowej jakości: małą puszeczkę najlepszej herbaty, dobry ocet balsamiczny czy szlachetną sól.
Przykład zestawów jakie przychodzą mi do głowy:
❆Słoiczek konfitury własnej roboty (jeśli takowe robimy oczywiście, to tylko przykład) + ulubiony gatunek herbaty i zaparzacz do herbaty.
❆Ulubiony gatunek herbaty (jeśli nie wiemy jaki, trzeba delikwenta subtelnie wybadać w tym temacie) + japoński, żeliwny czajniczek do herbaty (podarowałam taki, w zeszłym roku, mojej Mamie, widziałam jak bardzo podobał jej się taki w japońskiej restauracji. Taki czajniczek bardzo długo utrzymuje ciepło herbaty) lub zamiast czajniczka, porcelanowa filiżanka lub czarka do herbaty (w tej kwestii patrz punkt 6, jeśli osoba obdarowana dodatkowo lubi vintage)
❆Słoiczek różowej soli himalajskiej (czy np. pudełeczko soli Maldon, klasycznej lub wędzonej) + garść lasek wanilii burbońskiej. Co jak co, ale prawdziwa wanilia i dobra sól przyda się w kuchni zawsze. Sól himalajska sprzedawana jest w bardzo dużych, plastikowych, niezbyt atrakcyjnych torebkach lub pojemnikach, wystarczy przesypać ją do ładnego słoiczka, starczy nawet na więcej niż jeden prezent.
❆Dobry, kilkuletni ocet balsamiczny + mała buteleczka dobrej oliwy z oliwek. Połączenie doskonałe kiedy dodać do tego dobry chleb, do maczania w oliwie i occie.
❆Ręcznie robiona, wysokiej jakości czekolada + np. domowej roboty pierniczki lub piernik.
Bardzo polecam czekolady z Manufaktury Czekolady. Do dziś nie mogę zapomnieć smaku 60% mleko i wanilia, 70% kwiat soli morskiej oraz tej z prażonymi migdałami i kwiatem soli.
Te czekolady są doskonałe i naprawdę jakby trywialnie to nie zabrzmiało, ich smak jest niezwykły i niezapomniany.
❆Ekstrakt z gorzkich migdałów. Prawdziwy, rasowy, dający intensywny zapach migdałów. Świetny do ciast i deserów, można awaryjnie zastąpić nim amaretto w tiramisu, a kilka kropli dodanych do cappuccino czy espresso zamienia picie tych kaw w zupełnie nowe doznanie.





6. Vintage i retro.
Jeśli osoba dla której szukasz prezentu lubi rzeczy niebanalne, unikatowe, nie masowe, piękne i nie współczesne (po prostu vintage), a do tego interesuje się sztuką kulinarną, lub po prostu lubi piękne sztućce czy woli retro filiżanki do kawy, to czas wybrać się na łowy. Jeśli mieszkasz zagranicą, tego typu przedmioty znajdziesz w rozlicznych sklepach typu "charity shop" czy specjalnych bazarach organizowanych cyklicznie w większych miastach (np. The Dublin Flea Market czy Pure Vintage, w Dublinie). W Polsce brak takich sklepów, ale w każdym większym mieście znajdzie się targ, bazar, skwer, na którym można znaleźć takie rzeczy, w Warszawie będzie to stadion Olimpii czy ew. bazar na Kole (choć jest tam bardzo drogo, i handlują tam starzy wyjadacze) w Krakowie bazar pod Halą Targową. Online warto szperać na Allegro lub zajrzeć np. do Nihil Novi, do Marty, która wybiera same perełki, z dolnośląskich targowisk czy na Wysoki Połysk, do Emilii, gdzie można znaleźć już wyszukane linki do aukcji internetowych.
W tym zakresie, czyli vintage, mieści się nie tylko porcelana czy sztućce. Może to być stare, antykwaryczne, wydanie ulubionej powieści, starej książki kucharskiej czy albumu z fotografiami, pierwsze wydanie ulubionych bajek lub opowiadań z dzieciństwa, książka o historii wyścigów Formuły I, książka z rycinami i opisami ziół,  może retro aparat fotograficzny (np. znana wszystkim Smiena jest przyjemnym i naprawdę niedrogim pomysłem), kryształowa karafka na nalewkę czy krzesło z lat 70-tych, płyta winylowa, adapter czy rzutnik do slajdów. Pomysłów na pewno nie zabraknie.








7. Włoska kawiarka, dla wielbicieli dobrej kawy.
Najbardziej rozpoznawalna na świecie, klasyczna kawiarka Bialetti. Najprostsza w obsłudze, funkcjonalna, niedroga i chyba niezniszczalna. Do kupienia naprawdę wszędzie online i w dobrze zaopatrzonych sklepach stacjonarnych z akcesoriami kuchennymi.
Prawdziwa włoska kawa w kilka minut. Moja ma pojemność trzech espresso, co daje jedno większe cappuccino lub dwie małe filiżanki cappuccino.



8. Naczynia Emalia Olkusz.
Choć tak naprawdę to nie wiem czy nie strzelam sobie tym pomysłem w kolano, gdyż Emalia Olkusz ogłosiła upadłość i zakup ich wyrobów będzie przypominał polowanie.
Ale.
Ale wciąż można dostać sporo ich rzeczy online, a najlepiej szukać ich w sklepach... Społem. Tak.
To piękne garnuszki, rondle i imbryki, które odchodzą w zapomnienie, warto więc szukać
Jednocześnie przykro mi, kiedy widzę tu w Irlandii, w Wielkiej Brytanii, i Stanach też, istny szał na emalię! Wystarczy zerknąć do sklepu Leila LindholmRiessFalcon, to powinno dać obraz tego jak emalia jest popularna, albo zerknąć na strony restauracji, bistro, kawiarni, czy zagranicznych blogów kulinarnych. 
Olkusz produkował rzeczy w podobnym stylu, świetnej jakości i za ułamek ceny powyższych marek. Bardzo szkoda, że zabrakło dobrej promocji tych produktów, bo sprzedawałyby się jak ciepłe bułeczki! Wiem to, bo w irlandzkich kawiarniach jest często zwyczaj zakładania mini-sklepiku, taki kącik gdzie można kupić różne rzeczy, syropy, czekolady, talerze, kubeczki czy właśnie emaliowane naczynia. W jednej z takich kawiarni podeszłam do kredensu, gdzie stały śliczne emaliowane miski i rondelki. Obejrzałam je i ku mojemu zaskoczeniu była to Emalia Olkusz. Jeszcze raz, szkoda.

Więc jeśli macie osobę, które lubuje się w tego typu naczyniach i wzornictwie, upolujecie dla niej coś z Olkusza, to będzie naprawdę zacny upominek. Tym bardziej, że ceny naprawdę sprzyjające, w zależności od sklepu, mogą się znacznie różnić co do tego samego produktu, rondelek można kupić za ok. 30zł, kubeczek - kilka-kilkanaście złotych,  mały garnuszek ok. 16-20 zł. Najwięcej naczyń Olkusza znajdywałam zupełnie przypadkiem, przechodząc koło jakiegoś zapomnianego, "zapyziałego", zupełnie na uboczu i-na-pewno-nie-ma-po-co-tam-wchodzić sklepu Społem. Teraz, jeśli na taki trafiam, zawsze zaglądam!




9. Deski od Jarka Berdaka z I Love Nature.
Z Jarkiem zaczęliśmy dyskutować o drewnie, online, ponad rok temu.
O drewnie, o deskach, o wzorach desek, o starym drewnie, o strukturze desek, męczyłam go niezliczonymi pytaniami. Najpierw oczywiście kupiłam pierwszą deskę. Była lekka i gładka, wypolerowana jak masło. Potem kolejną, malutką, z drewna z 1887r. I wsiąkłam.
Bo Jarek robi piękne rzeczy, ma w sobie miłość do drewna, a jeśli zajrzycie na jego stronę i zobaczycie jego warsztat i narzędzia pracy, to zrozumiecie skąd to wszystko się bierze.
Nawet narzędzia u niego wyglądają pięknie, wiele z nich jest starych, odziedziczonych, zniszczonych, przepięknych. Spod tego i jego rąk wychodzą wycyzelowane deski, łyżki, miski, miseczki, patery, wałki, nożyki, moździerze... Z drewna czereśniowego, jesionu, dębu, orzecha włoskiego, drewna egzotycznego, klonu.
Po roku w końcu nadarzyła się okazja, żeby się spotkać, Jarek przywiózł mi deskę ze starego jesionu, z pięknego kawałka, którego długo dla mnie szukał i który potem długo u niego czekał, aż zdecyduję się na wzór deski. Wyszła przepięknie, majestatycznie. Prosiłam o nie opalanie, o jak najbardziej surowy wygląd. Rozmawialiśmy chwilę, a potem okazało się, że to minęły godziny rozmów, znów o drewnie, o tym jakim olejem impregnować, że te ślady to nie opalanie, to ślady piły którym drewno było cięte, jak i czym postarzać, a potem jeszcze o chlebie i jedzeniu i życiu.
Jeśli szukacie pięknych przedmiotów kuchennych z drewna, w I Love Nature na pewno znajdziecie coś dla siebie. Choćby na początek małą miseczkę z czereśni amerykańskiej, która pachnie jak... wędzone śliwki. A to dla mnie zapach  wigilijnego kompotu z suszu.




10. Aparat Fuji Instax Mini. 
Kiedy kupowałam ten aparat, nie sądziłam, że tak bardzo mi się spodoba.
Ale zaczęłam nim robić zdjęcia i zupełnie wsiąkłam. Szczególnie kiedy zaczęłam się bawić światłem, cieniem i okazało się, że można zrobić nim naprawdę interesujące rzeczy.
Zdjęcie można zobaczyć od razu, co jest przyjemne kiedy pokazujesz Dziadkom lub dzieciom, jak wybarwia się i powoli pokazuje obrazek. Masa radości.
Wożę go ze sobą, gdziekolwiek jadę na dłużej, jest malutki, lekki, poręczny, to chyba najlepsza rekomendacja. Jeśli lubicie fotografię natychmiastową i takie trochę inne, trochę niedoskonałe zdjęcia, to świetny pomysł na prezent. Jest sporo nowych, droższych modeli, dostępnych już nawet w każdym Empiku. Ja kupiłam najtańszy, starszy model "bez bajerów" i taki się, jak na razie, sprawdza.


11. Bon na...
W czasach kiedy za pieniądze da się kupić wszystko, są jednak rzeczy, których wartość przewyższa ich cenę rynkową. Ten prezent jest wyjątkowy, możecie wypełnić go czym chcecie, w pełni go spersonalizować, w zależności od osoby, dla której ma być przeznaczony.
Pomyślmy...
Masz znajomych z dzieckiem, którzy chcą wyjść do kina czy na kolację, ale nie mają z kim zostawić dziecka? A może Twoja przyjaciółka jest samotną matką i potrzebuje kilku godzin dla siebie? Z radością przyjmą prezent w postaci zaopiekowania się ich latoroślą przez popołudnie czy wieczór.
I oto gotowy jest BON na Zaopiekowanie się ...(tu wpisać imię małego delikwenta, można też wkleić w taki karnecik jego mini zdjęcie, dolepić zdjęcie wyciętego np. z czasopisma balonika czy osiołka czy karuzeli itp., tworząc kolaż. No wiecie już o co chodzi) w godzinach ... 
A może potrafisz coś, co ktoś z Twoich przyjaciół bardzo chciałby się nauczyć lub coś możesz dla niego zrobić? Robisz na drutach, pieczesz chleby, grasz na gitarze, a może i śpiewasz, świetnie gotujesz?
Możesz nauczyć robić na drutach, albo podarować bon na wymarzony szalik czy czapkę (o, ja marzę o czymś takim!). Możesz podarować bon na zagranie i zaśpiewanie na np. czyichś urodzinach. Możesz podarować bon na przygotowaną przez siebie kolację (innymi słowy będziesz czyimś osobistym szefem kuchni, na jeden wieczór) czy naukę pieczenia chleba.
Twoi znajomi mają psa/ kota, czasem wyjeżdżają na weekend czy służbowo i szukają opieki nad nim, a Ty nie masz nic przeciwko, żeby przez dzień czy dwa przyjąć ich kudłacza do siebie?
Fotografujesz? Twoi znajomi lubią Twoje zdjęcia, czasem wyrażają chęć ich posiadania? Voila, bon na wybrane zdjęcie w dowolnym formacie wydaje się być świetnym pomysłem. Czy bon na rodzinną/ dziecięcą sesję fotograficzną, wiem, z doświadczenia, że taki prezent sprawia obdarowanym ogromną radość.

Jeśli tylko pomyślicie o konkretnej osobie na pewno od razu znajdziecie dla niej odpowiedni pomysł na taki prezentowy BON. Żywy prezent, to bardzo fajna sprawa jest!
Talon na balon, to również świetna nazwa, o ile rzeczywiście podarujecie komuś lot balonem ;)

*Ostatnim pomysłem na prezent, którego nie ma na żadnym zdjęciu, jesteście Wy sami.
Tak, Wy.
Dla tych, którzy Was kochają, potrzebują. Może widują Was za rzadko?
Niech Wasza obecność będzie takim prezentem dla Babci, Dziadka, kogoś, kto może łaknie Waszego głosu, uśmiechu, uścisku. Może ta samotna staruszka, sąsiadka, która nie ma żadnej rodziny, odzyska blask w oczach kiedy, od czasu do czasu, odwiedzicie ją z kawałkiem ciasta (czy pytaniem czy nie trzeba jej czegoś przynieść ze sklepu, a może z apteki) ze swoimi dziećmi, a ona będzie mogła poczuć się troszkę jak Babcia, rozpylając tę babciną czułość, którą tylko takie staruszki w sobie mają. Może potrzebuje tylko rozmowy, kontaktu z drugim człowiekiem,  bo całe dnie siedzi sama. Czasem wystarczy się rozejrzeć.

Bo myślę sobie, że podarunki mogą mieć różny wymiar.
Czasem ten co obdarowuje, dostaje coś, czego sam się nie spodziewa.
I nie da się tego owinąć we wstążeczkę.

Niech te Święta będą dla Was najpiękniejsze, a podarki, nie ważne jakie, niech zawsze płyną z serca.