2015/05/12

Konkurs książkowy. Jamie Oliver's Food Tube: "Szalony grill", "Rodzinne przysmaki", "Sezonowe słodkości".


Seria trzech książeczek z przepisami znanymi z kanału Jamiego Olivera - Food Tube. Autorami przepisów są osoby, które gotowały w programie, książeczki są wydane tematycznie: przepisy na dania z grilla, rodzinne przysmaki oraz sezonowe słodkości. 



Jemma Wilson pracuje w londyńskiej cukierni "Crumbs & Doilies", w jej książce znajdziemy przepisy na babeczki i ciasta, pieczone z tym co właśnie dojrzewa w sezonie.
Babeczki bananowe z syropem klonowym i pekanami, tort czekoladowo-pomarańczowy, babeczki z przyprawami bożnarodzeniowymi i z aromatem grogu, jabłkowe z toffi, maślane z popcornem z solonym karmelem, dyniowe z przyprawami, malinowo-kokosowe, cytrynowy tort bezowy, babeczki mojito, pistacjowo-limonkowe ciasto z kardamonem i wiele innych. W książeczce znajduje się również instrukcja jak zrobić słony karmel, krokant czy krem bezowy.



Christian Stevenson, znany bardziej jako DJ BBQ, przedstawia swoje pomysły na grilla. Koniec z nieśmiertelną karkówką, sosem z majonezu i keczupu czy sałatką grecką (którą notabene bardzo lubię, ale przyda się jakaś odmiana).
W książce znajdziemy przepisy na szaszłyki rybne, żeberka w meksykańskiej marynacie, wieprzowe carnitas, rwana wieprzowina, pieczony leszcz z masłem cytrynowo-pietruszkowym, skrzydełka z sosem piri-piri czy rumowe żeberka.
Dodatki: grillowana sałata z sosem serowym, sałatka z dwóch rodzajów kapusty z marchewką i kolendrą, wędzone ziemniaki, nadziewane bataty, grillowana kukurydza z ostrym masłem z mango.
I to o co najważniejsze w grillowaniu, przyprawy i marynaty oraz salsy.
Rozdział o sosach, mieszankach przypraw i dodatkach spodobał mi się ogromnie i na pewno skorzystam z niemal wszystkiego co jest w tym dziale: salsa z mango i z grillowanego ananasa, pico de rado, pikantne guacamole, ostro kwaśny sos z hrabstwa Hyde, sos piri-piri, sos bbq oraz rewelacyjnie skomponowane mieszanki przypraw, które moim zdaniem nadawać będą się nie tylko do mięsa, ale i warzyw czy np tofu czy tempeh.





Kerryann Dunlop pokazuje jak niedrogo, łatwo i szybko przygotować dania dla całej rodziny. 
W jej książce widoczne jest to, że jest mamą dwójki dzieci, przepisy są proste, domowe, apetyczne, przemycające warzywa, a autorka stara się przygotowywać zdrowsze zamienniki niezdrowych dań na wynos, takich jak paluszki rybne czy curry, jest też sporo dań bezmięsnych, strączków, fasoli, gulaszy warzywnych, pieczonych warzyw. 

Ja chętnie zjadłabym: ryż kokosowy z fasolą, turecką sałatkę z kuskusem, dorsza duszonego z fasolą, warzywno-drobiową zupę, domowe paluszki rybne (w panierce z razowego chleba), sos do makaronu ukrywający warzywa, proste curry z kurczakiem, zapiekankę rybną, kalafiorowe curry z ziemniakami i ciecierzycą czy warzywne chilli. 







Przygotowałam dla Was konkurs, w którym do wygrania będą trzy zestawy powyższych książek.
Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy zostawić komentarz pod tym wpisem.

W komentarzu proszę Was o napisanie jakie danie/ wypiek z Trufli jest Waszym ulubionym, takim, do którego wracacie i dlaczego właśnie to.

Wyniki konkursu ogłoszę tutaj, pod tym wpisem.
Bardzo proszę osoby biorące udział w konkursie, o późniejsze sprawdzanie jego wyników, gdyż zdarzało się, że osoba, która wygrała, nie zgłosiła się po nagrodę.

Na Wasze komentarze czekam do środy, 20 maja, do godz. 12.00.
Wyniki ogłoszę we czwartek, 21 maja.

_________________________________________________________________________________

WYNIKI  KONKURSU

Dziękuję za udział w konkursie i wszystkie komentarze.
Nagrody trafiają do:

1. Asia pisze...


Nawet nie muszę się zastanawiać - pasztet sojowy pomidorowy! Bo to pierwszy przepis z Twojego bloga, który wypróbowałam. To była miłość od pierwszego kęsa:) Robię go regularnie, słoiczki z gotowym pasztetem rozdaję przyjaciołom, bo uwielbiam dzielić się jedzeniem. Jak w piosence Caba Callowaya "Everybody eats when they come to my house"!:)Przepis bomba!:)
2. Karolina pisze...


Rabarbarowo-różane clafoutis z nutą kardamonu, to połączenie które najbardziej mnie cieszy. Jest rabarbar, czyli mój ulubiony owoc zaraz po jabłku, jest kardamon, czyli moja ulubiona przyprawa, która przypomina mi o podróżach na wschód, a także woda różana, która przypomina mi jednocześnie Turcję i ogród mojej mamy, gdzie były dwa olbrzymie krzaki roży jadalnej. To przepis do którego często wracam do Trufli, gdy szukam połączeń, które są idealne.
Pozdrawiam serdecznie :)
O tak... Kartoflanka z łososiem! Uwielbiam! Kiedyś myślałam, że najlepszą kartoflankę robi moja mama. Dzięki Tobie Partycjo jestem przekonana, że to "moja" kartoflanka jest najlepsza ;-)
Baba szafranowa...

Uwielbiam przepisy retro. Nic mnie nie wciąga i uspokaja tak, jak wertowanie starego zeszytu z przepisami mojej babci. Jej koślawy charakter pisma i błędy ortograficzne w nazwach niektórych produktów, zdradzające, że była prostą kobietą. Ale ta prosta kobieta była także wielkim autorytetem dla całej licznej rodziny. Pozostawiła po sobie ulubione przepisy: na skubańca, na babkę piaskową, na keks na białkach i murzynka z kremem z kwaśnego mleka. Ale o babie wielkanocnej jakoś zapomniała. Więc kiedy zobaczyłam ten przepis kilka lat temu, kiedy pierwszy raz natknęłam się na Twój blog, pomyślałam sobie - "ten przepis by Ci się spodobał, babciu". Od tamtego czasu baba szafranowa w okresie wielkanocnym pojawia się u nas przynajmniej dwa razy. I coś mi się wydaje, że przejdzie na następne pokolenia, bo została spisana w zeszycie z przepisami mojej mamy. :-)
Emilia pisze...
Pomimo iż do tej pory byłam bardziej ukrytym czytelnikiem, to mój ulubiony przepis to chleb bezglutenowy, ponieważ znalezienie dobrego przepisu na chleb bezglutenowy, który będzie smaczny to jak szukanie igły w stogu siana. Jak dla mnie dobry chleb to podstawa każdego dnia.
Proszę o wysłanie danych do wysyłki książek, na adres email znajdujący się na pasku bocznym.

2015/05/07

Szparagi najprostsze. Pochwała prostoty.


Sezon na szparagi uważam za oficjalnie otwarty!
I rozpoczynam najprostszym z możliwych przepisów, który może przygotować każdy, a efekt będzie wspaniały.
Wystarczy trzymać się kilku prostych zasad, by mieć na talerzu szparagową ucztę.
Po pierwsze, kupując szparagi należy sprawdzić czy nie są miękkie, czy główki nie są zawilgotniałe, czy nie były nieprawidłowo przechowywane (najlepiej powąchać ich czubki, raz niestety trafiły mi się takie szparagi, które wtedy nadają się tylko do kosza, także warto zawsze sprawdzać, chyba, że mamy sprawdzone i zaufane źródło/ sprzedawcę).
Po drugie, szparagi po ugotowaniu powinny być jędrne, co oznacza, że trzeba mieć na nie uważne oko podczas gotowania i dać im dosłownie kilka minut. Dla mnie najwygodniejszym rozwiązaniem jest gotowanie ich na parze, nie wyginąją się podczas gotowania, zachowując ładny kształt, nie ma problemu z tym, że dół rozgotowany a główki twarde, nie są przesączone wodą, ławo sprawdzić stan ugotowania i naprawdę łatwo uzyskać w ten sposób efekt o jaki nam chodzi, ugotowane w sam raz, czyli chrupkie szparagi. W sumie jeśli tylko ma się oko na czas gotowania, wszystko idzie jak po maśle.
Po trzecie,  dobre, prawdziwe jajka i dobrej jakości sól i masło czy oliwa.
Kiedy mamy na talerzu danie, które ma tak mało składników, każdy z nich ma znaczenie.
I tak jak oliwa ma różne smaki , tak  w zależności od rodzaju, i miejsca pochodzenia, sól też smakuje inaczej, pikantnie, słodko, dymnie. Warto poeksperymentować.
I wypatrywać szparagów na targu, w warzywniaku, bo sezon na nie jest krótki, a teraz są najlepsze i jest najlepszy na nie czas.







Szparagi z jajkiem sadzonym

(porcja dla dwóch osób)

1 pęczek zielonych szparagów
2 jajka
masło, oliwa z oliwek lub masło klarowane (wg upodobania)
sól (np. różowa himalajska, morska szara i gruba, nieoczyszczona, sól w płatkach wędzona)
świeżo zmielony lub utłuczony w moździerzu czarny pieprz

Nastawić garnek do gotowania na parze.
Szparagi opłukać, odkroić twarde końce, gotować na parze ok. 4 minut grube i ok. 2 min cienkie, powinny być ugotowane ale chrupkie. Warto sprawdzić czy nie są gotowe wcześniej, gdyż gotują się szybko, a nie ma nic gorszego niż rozgotowane szparagi.
Na małej patelni rozgrzać masło lub oliwę, jajka smażyć na średnim ogniu, ok 1-2 min (w zależności od wielkości) lub tyle by białko było ścięte i chrupiące od spodu, a żółtko płynne.
Układać na ugotowanych szparagach i podawać od razu w towarzystwie najlepszej soli i świeżo zmielonego pieprzu.


Smacznego!





2015/05/05

Trochę wiosennych, książkowych nowości.



"A kitchen in France. A year of cooking in my farmhouse" Mimi Thorrison.

Mimi, pół Francuzka, pół Chinka. Wychowywała się w Hong Kongu, gdzie jej chiński ojciec zaszczepił w niej miłość do jedzenia, szukając najlepszych smaków na bazarach i straganach z jedzeniem i choć była chudym jak szczapa niejadkiem, zawsze znalazł coś na co miała ochotę. W wakacje jeździła do swojej na wskroś, jak pisze, francuskiej ciotki i babki, gdzie nauczyła się francuskiego stylu gotowania, smakowania, celebrowania jedzenia, szukania najlepszych składników. Wyprawa na targ, z babką, to jak przedstawienie, ekscytujące i edukujące.

Dorosła Mimi osiada w Paryżu, poznaje swojego przyszłego męża, który jest Islandczykiem.
Odtąd wychowują dzieci ze swoich poprzednich małżeństw, a ich rodzina powiększa się o kolejne, już ich wspólne, dzieci i psy, które hoduje jej mąż. Postanawiają przenieść się z Paryża, na francuską wieś. Wybierają Medoc, uroczy region słynący z winnic i win. Osiedlają się w starej posiadłości, ze ścianami pokrytymi patyną, pamiętającymi poprzednie pokolenia, meblami vintage, w klasycznym stylu trochę wiejskim, trochę eleganckim. Styl gotowania Mimi można określić jako klasycznie francuski, nie znajdziemy dań kuchni fusion czy elementów żadnej modnej w tej chwili diet/ stylów odżywiania. To dania, które były jedzone sto lat temu i smak, który nie przeminie za kolejnych sto lat. Sola po parysku, tarta cebulowa, ziemniaki po lyońsku, morelowa panna cotta, pieczeń wieprzowa, bouillabaisse, bezy. Tradycja. Podana we wdzięcznej, również odpornej na mody formie: klasyczna, stara porcelana i sztućce, stare, naturalne drewno, biały marmur, dużo kwiatów, delikatność, sceny jak ze starych obrazów, ciemne, wytrawne, nasycone. I jak miło zobaczyć na zdjęciu tę samą, francuską, patelnię, której używam od kilku lat (pisałam o niej tutaj).
Mąż Mimi jest zawodowym fotografem i on odpowiada za oprawę fotograficzną, a wnętrza w jakich żyją są jak żywcem wyjęte z filmu, obrazu czy magazynu. I nachodzi mnie taka refleksja, parę lat temu wszyscy szaleli za stylem Katie Quinn Davies, bogatym, wręcz barokowym, z mnóstwem scenograficznych elementów, teatralnie rozsypanych przypraw, podrdzewiałych widelców. Mam takie przeczucie, że teraz kierunek się zmienił i to Mimi będzie mieć swoich wiernych naśladowców. Ponadto czyta się ją świetnie, Mimi pisze lekko, wdzięcznie i nie bez autoironii, o tym co ją otacza, a wstępy do kolejnych rozdziałów są jak mini opowiastki, nie tylko o porach roku. Ta książka nie jest ładną wydmuszką, na pewno nie będzie kurzyć się na półce, to pozycja do której chce się wracać.



"My new roots" Sarah Britton 
oraz 
"Deliciously Ella" Ella Woodward




Zdrowe odżywianie, zdrowe gotowanie, wyszło z cienia i z malutkiego nurtu przemieniło w ogromy ruch, z którego już nie wypada się śmiać. 
Widać to dokładnie po rozkwicie blogów o tej tematyce, niezwykle silnie ukierunkowanych na konkretny rodzaj odżywiania, wegański czy wegetariański, zbudowany na profesjonalnej podstawie "holistic nutrition" czy bez wyraźnego drogowskazu, po prostu, pełnowartościowy, oparty o naturalne, sezonowe, jak najmniej przetworzone, pełnowartościowe produkty, które każdy z nas znajdzie w warzywniaku, na straganie czy w spożywczaku, ew. w sklepie ze zdrową żywnością.Przykładami takich książek są dopiero co wydane "My New Roots", kanadyjki Sary Britton, oraz "Deliciously Ella", brytyjki Elli Woodward.


"Deliciously Ella"


Obie książki zawierają przepisy wegetariańskie, bez białej mąki i cukru, często bezglutenowe i niemalże bez produktów pochodzenia zwierzęcego, z małymi odstępstwami (ser kozi, ghee, jajka - Sarah, miód - Ella). Jeśli śledzicie blogi dziewczyn, znacie i lubicie ich sposób gotowania, to dodam, że książki są kwintesencją ich stylu. Zanim przejdę do przepisów, jeszcze słówko o szacie graficznej i stronie wizualnej książek. "My New Roots" jest bardziej dopracowana  fotograficznie, u Elli trochę przeszkadza mi niespójność formatów zdjęć, raz są to zdjęcia na całą stronę, w naturalnej kolorystyce, raz miniaturki, o dziwnych kolorach, wciśnięte w ramkę polaroida, może to drobiazg, ale jednak wpływa na odbiór całości. Książka podobałaby mi się o wiele bardziej, gdyby zrezygnowano z miniaturek a'la polaroid, na rzecz klasycznych formatów, w naturalnych barwach.
A więc przepisy.
U Elli znajdziecie np. dużo soków i smoothie, ciasto limonkowe z avocado, czekoladowe ciasto buraczane czy brownie ze słodkich ziemniaków, sałatę z marynowanego jarmużu, bolognese z soczewicy, dhal z dyni, fasolowe chilli, warzywny stir-fry, makaron z sosem pomidorowym w 10min., pieczone warzywa czy tajskie kokosowe curry z ciecierzycą.

Sarah proponuje sałatkę z soczewicy z interesującym, korzennym dressingiem, zupę z boczniaków zagęszczaną fasolą zamiast śmietany, tajską zupę kokosową z cukiniowym "makaronem", sałatkę z pieczonego kalafiora z libańską soczewicą i kaniwa (ziarno podobne do quinoa), batoniki figowo-orzechowe, owsiankę marchewkową z orzechami pecan, labneh z sezamem i miodem, pesto marchewkowe z czosnkiem czy karmelizowany fenkuł na ziołowej polencie.
Jest w czym wybierać.
"My New Roots"


"Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu" Łukasz Modelski


O tej książce mam ochotę napisać tylko jedno: jej jedyną wadą jest to, że kończy się zbyt szybko. Przeczytajcie koniecznie.

I to właściwie wystarczyłoby za całą recenzję.

Dodam natomiast jeszcze, iż książka jest zbiorem wywiadów z ludźmi zajmującymi się, czy związanymi zawodowo z kulinariami, winiarstwem (czy to winiarzami czy sommelierami), historią jedzenia, ruchem slow food i zaspokoi apetyty osób zainteresowanych szeroko rozumianą sztuką kulinarną. Niezwykle podobały mi się rozmowy z Agnieszką Kręglicka, wnukiem Auguste'a Escoffiera (niezmiennie polecam książkę "Białe trufle", pisałam o niej tutaj), założycielem ruchu Slow Food, najlepszym polskim sommelierem, szkockim specjalistą od whisky, brytyjką, która przyjechała do Francji by produkować własne wino (nie mając bladego pojęcia o winiarstwie) i co z tego wynikło (nie powiem!), dyrektorem generalnym przewodnika Gault&Millau (jeśli lubicie film "Skrzydełko czy nóżka"z  Luisem de Funes'em, dowiecie się co nieco o pracy krytyka kulinarnego). Na końcu każdego rozdziału znajduje się przepis lub spis ulubionych win/ whisky, osoby, z którą przeprowadzany był wywiad. Wspaniała książka.

Więc raz jeszcze, przeczytajcie koniecznie!





"Tartine Book no 3" Chad Robertson

Chad Robertson, założyciel bodajże jednej z najsłynniejszych piekarni na świecie - Tartine, wydał kolejną książkę, a jakże, o chlebie!
Tym razem wziął "na warsztat" zapomniane, stare zboża: kamut (zwane też khorasan), einkorn i emmer (dostępne już w Polsce, to samoposza i płaskurka), czerwony jęczmień czy już popularną i u nas quinoa. Ale spokojnie, są też i przepisy z użyciem poczciwej mąki żytniej czy pszennej razowej. Ponadto zaczyna kiełkować ziarna zbóż, które dodaje do ciasta chlebowego oraz wybiera się w podróż do Meksyku i Europy: Francji, Austrii, Niemiec, Szwecji, Danii  (niestety na liście nie ma Polski, szkoda), by spotkać się i piec z piekarzami i pasjonatami chleba.
Przepisy w tej książce są, na pierwszy rzut oka, dużo bardziej zaawansowane niż, w pierwszej (o której pisałam tutaj), ale nie są niemożliwe do zrobienia, to tylko wstępne wrażenie. Przepisy są świetnie,  klarownie i szczegółowo rozpisane i nie ma możliwości aby nie wyszły. W końcu to Chad!
Książka, jak wszystkie książki Chada, jest przepięknie sfotografowana, chleby przemawiają do mnie językiem chlebowej miłości, a moje serce łopocze rozpylając w powietrzu chmurę mąki z samopszy.
Pozycja obowiązkowa dla domowych bzików chlebowych.




"Complete mushroom book. The quiet hunt" Antonio Carluccio.

Antonio Carluccio jest postacią, której chyba nie trzeba przedstawiać.
Znany szerszej publiczności z popularnego programu kulinarnego "Dwaj łakomi Włosi", który współprowadził z Gennaro Contaldo.

Restaurator, znawca włoskiego wina i mykolog. 
Zbieractwa uczył się od siódmego roku życia, pod okiem ojca i przyjaciół, w rodzinnych Włoszech, w Piemoncie.
Kontynuował swoją grzybiarską pasję i edukację, gdy wyjechał na studia, do Wiednia, potem w Hamburgu, potem w Wielkiej Brytanii, by w latach siedemdziesiątych osiąść w Londynie.
Tam pracował jako dystrybutor włoskich win, potem otworzył swoją pierwszą restaurację.
Z zaskoczeniem przyjął fakt, iż pomimo bogactwa i obfitości grzybów leśnych Anglicy nie umieją i nie wiedzą, że mogą je zbierać, nie mają po prostu o nich pojęcia (od siebie dodam, że w Irlandii również nie jest pod tym względem najlepiej, choć powoli się to zmienia) . Wiedza na ten temat była mizerna, brakowało też publikacji, które by rozpowszechniały naukę o grzybach i zbieractwie.
Zauważył, że zupełnie odwrotnie jest w Rosji, Polsce, Niemczech czy Francji, gdzie grzybobranie było od setek lat czymś naturalnym.
Gdy z biegiem lat świadomość dotycząca możliwości kulinarnych grzybów leśnych zaczęła gwałtownie wzrastać, stały się one wręcz modne i bardzo pożądane, nie mogło ich zabraknąć w żadnej szanującej się restauracji. Antonio pisze, że nawet umieścił ogłoszenie w gazecie polskiej w Londynie, iż potrzebni są doświadczeni grzybiarze, a jak sam wspomina ufał polskim grzybiarzom i ich mykologicznemu doświadczeniu.
Powyższa książka, zawiera solidną wiedzę o rodzajach grzybów, wszystko co powinniśmy wiedzieć i na co trzeba uważać, prawie sto pierwszych stron to poradnik, klasyfikacje grzybów, stopnie ich jadalności. Porządna porcja wiedzy, zilustrowana fotografiami.
W książce nie brakuje przepisów na dania z przeróżnymi gatunkami grzybów, sosy, buliony, grzyby w przeróżnych kombinacjach, z rybami, mięsem, z makaronem, ryżem, w ravioli i na polencie, strucla z grzybami i grzyby na grzance, jest też rozdział z lekkimi grzybowymi daniami, bez mięsa i ryb.
Ta książka, tak inna od popularnych teraz nurtów, bez fajerwerków, intymna wręcz, z fotografaimi jakie lubię, jakie do mnie bardzo trafiają. Tytuł doskonale współgra z zawartością, to ciche polowanie, sam na sam z lasem i jego pięknymi darami.





2015/04/26

Bilet do kina, za darmo. Codziennie.




Zachody słońca to tak często fotografowane i malowane zjawisko, że można uważać je za oklepany banał. Coś czego już praktycznie nie zauważa się, tak wtopiło się w tło. Jednak oglądając hipnotyzujące zachody słońca na obrazach Turnera, trudno nie ulec wrażeniu, że jest wręcz odwrotnie.
Ale czy dziś ktoś jeszcze patrzy w niebo obserwując chmury? Zgaduje z dziećmi kształty, te wszystkie ryby, słonie i statki? W ciągu dnia trawnik przed moim domem tętni życiem: sąsiad gania z psem, dzieciaki ganiają za psem sąsiada lub piłką. wieczorem siedzę na murku sama, patrząc jak zachodzi słońce. Nikt obok nie wyszedł, nie pokazuje dzieciom seledynowych chmur w kształcie ryby i ogromnego, żarzącego się purpurą słońca w kolorze sycylijskiej pomarańczy. A domy usytuowane przy całej ulicy widok mają więcej niż niezwykły.

I jakkolwiek trywialnie by to nie zabrzmiało, od jakiegoś czasu codziennie zerkam na chmury, a wieczorem czekam na zachód słońca, na ten jedyny w swoim rodzaju spektakl, jaki każdego wieczora na niebie urządza nam matka natura. Te kilka minut, podczas których następuje niesamowita transformacja, a ja stoję urzeczona jak dziecko w sklepie z zabawkami, czy po raz pierwszy oglądające fajerwerki. To coś, co codziennie uświadamia mi zwyczajną, cichą, dziejącą się w każdej sekundzie prostotę piękna świata. Patrzę, jak co minuta podświetlona jest inna chmura, na seledynowo, pomarańczowo, czerwono i różowo. A potem co sekundę słońce jest coraz niżej i ktoś gasi te wszystkie reflektory i kurtyna zmierzchu opada. Jak w teatrze.  
I tak sobie myślę, w tych zabieganych czasach, kiedy wszystko jest w biegu, instant i na autopilocie, warto czasem zatrzymać się na 90 sekund, zadrzeć głowę do góry, odetchnąć i przez chwilę nie myśleć o niczym. 
Niebo każdy ma nad głową, za darmo, codziennie dzieje się na nim coś pięknego, co można sobie pooglądać. Jak darmowy bilet do kina matki natury. Warto skorzystać.